Wkrótce….

Wkrótce….

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Archetypy rządzą!

Wszystko przez te demony. Serio. Nawiedzają wioski, zamczyska i Bóg jeden wie, co lub kogo jeszcze. Gdyby nie pewien taki wściekły i mocno napastliwy w okolicach rodzinnej miejscowości Beniamina, przyszły wojownik nie miałby widoków na przyszłość. A tak? Silna grupa pod wezwaniem Lady Towaal zabiera młodego chłopaka w podróż życia do Miasta owianego sławą i mocą wszystkich magów na Alcott. Czegóż chcieć więcej od dobrej powieści fantasy? Od walki z demonem zaczyna się więc pierwsza część sagi o Ashwoodzie, piwowarze, który nie raz, nie dwa nawarzy sobie piwa. I to z powodzeniem.

No cóż, naprawdę nie wiem, jak zacząć, żeby nie wyszło, że powieść nie przypadła mi do gustu, bo tak nie jest. Nawet przeczytam kolejne tomy, gdyż bardzo ciekawam, jak potoczą się losy głównego bohatera i Amelii, poczatkującej czarodziejki i księżniczki zarazem oraz rodzącego się między nimi uczucia. Niemniej od samego początku miałam wrażenie, że… wszystko już było, a fantasy drogi zostało wyeksploatowane do granic możliwości przez autora. Nic, ale to zupełnie nic, nie jest w stanie zaskoczyć czytelnika (no może poza jednym tragicznym w skutkach zwrotem akcji), przecież Beniamin nie może zginąć w pierwszej części, skoro jest protagonistą! Mało tego, rozdział I sugeruje, że stanie się kimś ważnym, sprawującym władzę, o czym może również świadczyć tytuł ostatniego tomu – „Ciężar korony”. Ciekawe, kto go będzie dźwigał? Może i intrygujące, ale nie kto, tylko jak do tego doszło, gdyż akcja jest najmocniejszą stroną tej powieści.

Toczy się wartko, nie pozwalając na chwilę oddechu, i jest bardzo sprawnie rozpisana fabularnie. Stylistycznie również. Za bardzo, niestety, i mam pewne podejrzenia, ale to później. Albo dobra, teraz. Pierwszy raz w życiu miałam wrażenie, że czytam powieść, której nie napisał człowiek, tylko jakiś program komputerowy. Zupełnie jakby ktoś powpisywał wytyczne: ma być trochę z Tolkiena, trochę z Paoliniego, odrobinę z George`a R. R. Martina, okraszone old schoolowymi motywami z fantasy lat 80. I z Szekspira. „Gwiezdnych wojen”, Biblii i różnych mitologii. Baśni i ballad, legend i horrorów. I zupełnie tak, jakby cechy bohaterów zostały zaplanowane i wpisane w etapy podróży (homo viator). A po drodze trywialne mądrości i uniwersalne prawdy o życiu. Przy tym wszystkim nie jestem w stanie wyodrębnić indywidualnych cech stylu autora. No nie jestem. Uczniowie mnie czasem pytają, a skąd pani wie, że nie ja to napisałem/łam? Wiem. I nie mam tu miejsca na wykład o idiolektach itp., ale mogę powiedzieć, że styl Cobble`a jest… bezstylowy. Poprawny do bólu, ale tylko poprawny.

Tak też oceniam całą powieść – na trzy, może cztery z minusem, jednakże… marketingowe sześć. Celujący z plusem, gdyż manipulacja czytelnikiem sięga tu najwyższego poziomu. Czytamy i się wciągamy, nie wiedząc, dlaczego. „Beniamin Ashwood” działa jak narkotyk. Na podświadomość i nieświadomość. I o to chodzi – archetypy rządzą! Dlatego też trzeba umieć je rozpoznać, żeby nie ulegać im zbyt łatwo lub przynajmniej zdawać sobie sprawę, w jaki sposób uzależniają. Na szczęście moje pierwsze klasy już to potrafią. Finał historii jest taki, że koniecznie trzeba przeczytać tę sagę. Zobaczyć, jakie zrobi wrażenie. Doświadczyć na własne oczy, jak młody piwowar zmienia się w skutecznego szermierza, wojownika, właściciela browaru i jak rodzi się uczucie, które zwycięży wszystko, a demony na pewno. A może się mylę? I kolejne tomy przyniosą niepowtarzalną atmosferę (z naciskiem na niepowtarzalną) i mnóstwo nieoczekiwanych twistów? Kto wie…

A na koniec jednak sprawa, której nie mogę przemilczeć, mój wewnętrzny polonista nie dałby mi żyć. Nie jest to problem tylko i wyłącznie korekty niniejszej powieści, ale rzec by można – ogólnokrajowy. Pominę więc pomniejsze błędy interpunkcyjne czy nieumotywowane powtórzenia, a skupię się na miniwykładzie o stopniowaniu przymiotników w języku polskim. I żeby nie być gołosłowną, powołam się na panią profesor Ewę Kołodziejek i jej książkę „Poprawna polszczyzna w praktyce”, gdzie można przeczytać między innymi o tym, że przymiotniki stopniujemy na dwa sposoby – prosto i opisowo. Stopniowanie proste polega na dodaniu do tematu przymiotnika przyrostka -szy lub -ejszy (stopień wyższy). W stopniu najwyższym do tematu stopnia wyższego dodajemy przedrostek naj- (cieplejszy – najcieplejszy). Proste? Jeszcze prostsze jest stopniowanie opisowe, kiedy do przymiotnika w stopniu równym dodajemy przysłówek bardziej lub najbardziej. Większość przymiotników można stopniować oboma sposobami, co widać jako ekspansywną tendencję we współczesnej polszczyźnie. Jednakże stopniowanie opisowe tych przymiotników, które można stopniować regularnie, nie jest polecane, a dopuszczalne tylko w języku potocznym. Napisać lepiej poprawnie, młodzież to czyta i się uczy. W związku z tym ja poproszę w następnej części na przykład o takie formy: wykwintniejszy (s.106), niewinniejsze (s.111), boleśniejszy (s.124), różnorodniejszy (s.148), agresywniejszy (s.180), niebezpieczniejszy (s.180, 455), wścieklejsza (s.261), uważniejsi (s.334) i sprężystszym (s.432), zamiast zastosowanego stopniowania opisowego. Miód by się polał na moje udręczone od sprawdzania prac oczy! Zdaję sobie sprawę, że być może kiedyś uzus zwycięży i nie będę mogła wyrzucić już błędu na marginesie, niemniej warto zadbać o poprawność gramatyczną, bo jak nie my, to kto?

Mirka Chojnacka

A.C. Cobble, Beniamin Ashwood, Wydawnictwo Fabryka Słów, 2021, ilustracje: Leszek Woźniak
Cykl Beniamin Ashwood, Tom 1

Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>