12 października 2019 r.

12 października 2019 r.

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Bez happy endu

Stara i niezmiennie aktualna cecha sztuki, jaką jest katharsis, w powieściach Kinga nabiera nowego wymiaru. Wykracza poza litość i trwogę, które towarzyszą czytelnikowi już od pierwszych stron powieści, przechodząc przez bunt i cierpienie do niepokoju, pozostawiając go gdzieś w głębi duszy jeszcze długo po odłożeniu „Smętarza dla zwierzaków” na półkę (lub gdzie tam kto lubi trzymać książki). Niepokój ten można uciszyć tylko poprzez zrozumienie. Albo pogodzenie się. Z samym sobą i losem bohaterów.

Tym razem mistrz horroru snuje narrację bardzo powoli i dokładnie, można by rzec, że momentami zbyt wolno. Mimo mocnego początku, gdy pierwszego dnia w pracy doktor Creed usłyszy ostrzeżenie od umierającego chłopaka i w umyśle lekarza zagości trwoga, mało się dzieje – akcja toczy się spokojnym rytmem powieści obyczajowej. Aż tu nagle ginie kot. Nie muszę dodawać, że ukochany. Church, po Winstonie Churchillu. I wtedy się zacznie na dobre. A może raczej – na złe.
Każda śmierć ma swoją historię. Church zginął w miejscu, które od pierwszej o nim wzmianki budzi złe przeczucia – na pewno coś się tu wydarzy tragicznego i zburzy spokój dopiero co zamieszkałej w Ludlow rodziny. Miejscem tym jest droga stanowa, która wyznacza w powieści Kinga granicę – życia i śmierci. Z kolei wycieczka po okolicy (utartą i zadbaną dróżką) na cmentarzysko zwierząt wprowadzi czytelnika w zupełnie inny wymiar – prastarej magii i rytuałów rdzennych mieszkańców, które za niebezpiecznym wiatrołomem potrafią… cofnąć czas.

A któżby nie chciał go cofnąć, by zwrócić życie ukochanemu zwierzakowi? A może ukochanej osobie? I tu jest pies pogrzebany (dosłownie i w przenośni). Historie śmierci i wskrzeszenia, czy jakby to inaczej ująć – powstania z martwych, opowiadane przez Juda Crandalla, mają przerazić na tyle, by nikt się już nie pokusił o zabawę w doktora Frankensteina. A jednak. Louis Creed ożywia Churcha.
I wtedy zaczyna się naprawdę źle dziać, bardzo źle. Umysł doktora staje się coraz mroczniejszy, śmierć zbiera swoje żniwo coraz szybciej, czytelnik daje się coraz bardziej omamić autorowi, a rozwiązanie jest całkowitym zaskoczeniem. Stephen King w najczystszej postaci (choć trochę ubabrany ziemią i zeschłymi liśćmi z cmentarzyska).

Autor zostawia nas z pytaniami, na które musimy sami znaleźć odpowiedź – najpierw jednak, kiedy już przeżyjemy litość i trwogę (bo przecież prędzej czy później zetkniemy się ze śmiercią), powinniśmy doświadczyć cierpienia. I nie powiem, chyba nie znalazłam bardziej przejmującego opisu męczarni niż ten, którego doświadcza Louis. Tak prawdziwie ojcowskiego, a zarazem typowo męskiego. Cierpienia i buntu. Zaiste – sam Kochanowski byłby dumny z godnego następcy. Wszak autor „Smętarza…” niejeden z motywów zaczerpnął z autopsji…

I choć z pewnością znane wszystkim są ekranizacje tej powieści Kinga, to z ręką na sercu mogę zapewnić, że daleko im do książki. Ani film sprzed trzydziestu lat, ani najnowsza, tegoroczna wizja prozy mistrza nie oddają głębi i siły uczuć, przed którymi człowiek staje bezbronny i bezsilny. Polecam więc sięgnąć po drukowaną wersję i przeżyć katharsis. Bez happy endu.

Mirka Chojnacka

Stephen King, Smętarz dla zwierzaków, przekład: Paulina Braiter, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2019

Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>