16 marca 2019 r.

16 marca 2019 r.

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Cały ten jazz

„Bracie, nigdy nie dojdziesz do tego, co to właściwie jest…”
Louis Armstrong

Uwielbiam jazz. Uwielbiam ten moment gdy do uszu sączy się dźwięk saksofonu w towarzystwie kontrabasu i klarnetu. Do ich pulsu, z masą miedzianych dźwięków subtelnie dopasowują się puzon z trąbką, a w tle rytm wybija miarowo perkusja. Także dziś najwspanialsze sale koncertowe ustawiają się w kolejce z prośbą o występy, a bilety sprzedają się jak ciepłe bułeczki u Reczyńskiego, szczecińskiego „piekarniczego wirtuoza”, czego przykładem był choćby ostatni koncert w Szczecinie Kennego Garreta i jego Quintetu. Jazzowi artyści na scenie to czysta improwizacja, dzięki czemu nie ma szans na dwa takie same koncerty. Jednak prawdą jest, że wśród dzisiejszych muzyków trudno znaleźć amatora, który nagle okazałby się samorodną perłą niczym Django Reinhardt. Tymczasem początki jazzu były zupełnie odmienne.

Bezimienni potomkowie afrykańskich niewolników grali na plantacjach bawełny na prostych, własnoręcznie wykonanych instrumentach lub po prostu na tym, co było pod ręką. Bez wykształcenia, bez znajomości nut grali zwyczajnie to, co im w duszy grało. Najczęściej wieczorami, gdy wszyscy spotykali się, by w towarzystwie zapomnieć o znojach dnia codziennego. Lub w konduktach pogrzebowych, kiedy swą muzyką żegnali towarzyszy niedoli. Muzyczny folklor rozbrzmiewający na brzegach Missisipi chłonął duszę czarnej muzyki, która swe początki odnalazła w bluesie, by w miarę kolejnych dochodzących instrumentów, wraz z pragnieniem improwizacji, ewoluować i wypłynąć na nieznane wody muzyki, która z czasem dostała swoje imię: JAZZ.

Jazz – muzyka wielka i prawdziwie artystyczna, której warunkiem jest szczerość, bo nawet najlepsza naśladowczość nigdy nie zostanie uznana za artystyczny autentyk. Muzyka, która zawładnęła wypełnionymi po brzegi nowoorleańskimi klubami zyskiwała coraz większe uznanie słuchaczy. Najwięksi wirtuozi podbijali sceny i serca fanów w coraz odleglejszych klubach amerykańskich i europejskich. Fascynacja jazzem spowodowała powstawanie zespołów dixielendowych złożonych z białych muzyków. Dzisiaj nawet nie zdajemy sobie sprawy jak wielu muzyków wszelkich gatunków muzycznych czerpie pełnymi garściami ze spuścizny jazzu.

„U brzegów jazzu” Lepolda Tyrmanda nie jest typową książką. To monografia w formie eseju traktującego o początkach jazzu. Czytelnik musi zdawać sobie jednak sprawę, że dzięki temu dziełu nie pozna bliżej twórczości takich tuzów jak Earl Hines, Charlie Parker czy Dizzy Gillespie. Więcej dowiemy się za to na temat samego rytmu i synkopy jazzowych bandów. Tyrmand wydał swą książkę w 1957, czyli jeszcze w siermiężnych czasach gomułkowskich. W czasach, w których jazz, delikatnie mówiąc, nie spotkał się z przychylnym spojrzeniem władzy. W czasach, w których jednak rodzimy jazz coraz szerzej otwierał sobie furtę żelaznej kurtyny. Już rok wcześniej, w 1956 roku, odbył się w Sopocie Pierwszy Festiwal Muzyki Jazzowej, którego Leopold Tyrmand był spirytus movens. Festiwal, na który z całej Polski zjechało blisko trzydzieści tysięcy młodych ludzi zakochanych w Armstrongu i Brubeck’u, na którym debiutowali m.in. Krzysztof Komeda, Andrzej Kurylewicz, Jerzy Matuszkiewicz czy Jan Ptaszyn Wróblewski. Uroczystego otwarcia Festiwalu dokonał przyjaciel autora – Stefan Kisielewski, który książkę Tyrmanda okrasił siedemnastostronicowym wstępem. „U brzegów jazzu” ukazało się w serii dziesięciu dzieł Leopolda Tyrmanda wydanych przez Wydawnictwo MG. We wspomnianej serii ukazały się również powieści, których w latach 50-tych XX w. cenzura nie dopuściła do druku.

Leopold Tyrmand to największy popularyzator jazzu w powojennej komunistycznej Polsce. Po raz pierwszy zetknął się z tym gatunkiem muzycznym w 1938 roku, w czasie swojego rocznego pobytu w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Pięknych w Paryżu. Po wojnie pracował w wielu czasopismach, gdzie specjalizował się w recenzjach teatralnych i muzycznych. Był najbardziej znanym polskim przedstawicielem subkultury bikiniarzy – niestosujących się do norm ekstatycznych miłośników jazzu i kultury amerykańskiej, ubierających się w szerokie marynarki, buty na grubej podeszwie (słoninie), a przede wszystkim w kolorowe skarpetki i krawaty. W 1953 roku będąc redaktorem Tygodnika Powszechnego dostał od ówczesnych władz zakaz publikowania (sam Tygodnik został zamknięty po odmowie publikacji nekrologu Stalina). Frustrację zaczął przelewać na stronice książek. Własne spojrzenie na socjalizm i komunizm zrelacjonował w „Dzienniku 1954”. Jeszcze przed ukończeniem książki dostał propozycję napisania „Złego” – sensacyjnej powieści o powojennej Warszawie, gdzie również przemycił krytykę tamtych czasów. „Zły” – wydany w 1955 roku był postrzegany jako zwiastun odwilży w polskiej literaturze. W roku 1958 Tyrmanda dotknęły represje władzy gomułkowskiej, a cenzura blokowała wydawanie kolejnych książek. W 1965 roku pozwolono mu wyjechać za granicę, a on powrót uzależnił od wydania swojej najnowszej pozycji – „Życie towarzyskie i uczuciowe”, w której piętnował postawy moralne inteligencji. Ponieważ i ta powieść została wstrzymana, Leopold Tyrmand osiedlił się w Stanach Zjednoczonych, skąd współpracował z paryską „Kulturą”. Zmarł w Stanach w 1985 roku, nigdy nie wracając już do Polski.

Dariusz Fleszar

Leopold Tyrmand, U brzegów jazzu, Wydawnictwo MG, stron: 240 stron

Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>