Wkrótce….

Wkrótce….

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Dwie Marie

Ta powieść, a właściwie pełen uroku dokument, o życiu, przyjaźni i uczuciu dwóch utalentowanych Polek – Marii Konopnickiej i Marii Dulębianki, to wyprawa w historię Polski i zmian, które następowały na przełomie XIX i XX wieku. I o ile nazwisko pierwszej bohaterki jest znane prawie wszystkim rodakom i to nie tylko z kultowej „Marysi i krasnoludków”, ale przede wszystkim jako autorki „Roty”, to o tej drugiej słyszeli głównie pasjonaci malarstwa, emancypantki i humaniści, którzy zgłębiali życie i twórczość Marii Konopnickiej. Po latach  zapomnienia znakomicie przybliża postać utalentowanej portrecistki i emancypantki Karolina Dzimira-Zarzycka. Autorka wykonała wręcz benedyktyńską pracę, by utrwalić każdy ślad zostawiony przez Dulębiankę, kobietę mocno wyrastającą ponad epokę w której żyła – twardą, samodzielną, mającą swój kanon wartości, wiernie trwającą do końca przy chorującej Konopnickiej. Ba, rezygnującej z własnej kariery by się nią opiekować. A nie było to łatwe – przedzierać się przez świat, w którym dominowali mężczyźni, a kobiety potulnie zajmowały się domem i dziećmi. Gdzie moralnym wyzwaniem było bycie z drugą kobietą, nawet tą najbardziej utalentowaną i zasłużoną dla Ojczyzny. /więcej/

Szczęśliwa pomyłka

Są lektury z młodości, których czytanie w dorosłym życiu jest ryzykowne. Zawsze boję się rozczarowań, bo nigdy nie wiadomo, czy bohater książki z dzieciństwa będzie nadal dla mnie interesującym towarzyszem.
W przypadku Ani, kolekcjonerki romantycznych cytatów, egzaltowanej dziewczynki z głową pełną wzniosłych myśli, których nie boi się wyrażać, rozczarowania nie było.
Wiele lat minęło od czasu lektury tej książki, choć w międzyczasie zdarzyło się nam spotkanie na ekranie, gdy odcinek po odcinku pochłaniałam serial “Ania, nie Anna”, a ja wciąż wzruszam się rozpaczą tej małej, gdy dowiaduje się, że jej wizyta na Zielonym Wzgórzu jest pomyłką. Pomyłką jakże szczęśliwą, co okaże się podczas dalszej lektury. Lecz na początku czytelnik wraz z Anią pogrąża się w “otchłani rozpaczy”, by potem zanurzyć w “morzu szczęścia”. /więcej/

Reportażowa szkoła tańca

Jego reportaże to sztuka uwodzenia czytelnika. Mógłby być świetnym makijażystą, te teksty mają z góry założony wyraz, wygląd, formę i estetykę. Czasami nad tą niepowtarzalnością, jednym zdaniem czy frazą, ustawiającymi cały tekst, myśli cały miesiąc. Czasami natchną go kubiści, czasami jego koledzy po fachu. „Czytam cudze reportaże i wciąż podkreślam miejsca, które mnie zachwycają. Wydaje mi się, że jestem zazdrosny, ale nie zawistny” – mówi. Twierdzi, że jest jak filatelista kolekcjonujący fascynujące swoją urodą fragmenty reportaży innych. Pod względem tłumaczeń Mariusz Szczygieł zajmuje na podium polskich reportażystów drugie miejsce. Tylko Hanna Krall wyprzedza go wśród polskich autorów literatury non-fiction w tłumaczeniu na inne języki. A gdy książki non-fiction są przekładane w 21 językach, jak w wypadku Szczygła, to mówimy o mistrzu reportażu.

Półka z nagrodami Mariusza Szczygła mocno się ugina. Jest podwójnym laureatem nagrody Nike, w 2018 r. dostał ją i od jury, i od czytelników. W 2021 r. w głosowaniu czytelników przyznano mu Nike 25-lecia. W konkursie Grand Press w 2013 r. zdobył tytuł Dziennikarza Roku, czyli uhonorowali go koledzy z branży. Do tego jeszcze Europejska Nagroda Książkowa 2009 r. za „Gottland”, no i zachwyty czytelników na każdym spotkaniu autorskim, dosłownie lgnących do Szczygła z niełatwymi pytaniami. Oczywiście też dzieli się swoją wiedzą, ucząc adeptów dziennikarstwa, m.in. od 12 lat studentów Polskiej Szkoły Reportażu. I tu dochodzimy do sedna. W zawodowym życiu utytułowanych autorów literatury non-fiction przychodzi moment na tzw. autorski wykład mistrzowski. Masterclass Mariusza Szczygła ma tytuł „Fakty muszą zatańczyć” i właśnie ukazał się w księgarniach. /więcej/

Pielęgnujcie ciekawość!

Pasjonująca biografia wielkiego wynalazcy, człowieka nauki, wizjonera, architekta, malarza… Trudno w kilku zdaniach opisać niezwykłe życie i szeroki wachlarz zainteresowań i talentów Leonarda da Vinci. Sama książka to ponad 700 stron! Autor kreśli w niej obraz człowieka, którego od najmłodszych lat cechowała ciekawość świata. Jego umysł zaprzątały pytania, które wielu dorosłym wydają się banalne.
Do każdego zadania przygotowywał się wieloetapowo. To on pierwszy w historii opisał i narysował ludzkie zęby, można go więc uznać za pioniera stomatologii! By odnaleźć mięśnie odpowiedzialne za poruszanie kącikami ust ściągał skórę z twarzy nieboszczyków. Skalpelem posługiwał się równie wprawnie jak piórem twierdząc, że każdy malarz powinien być anatomem. Jego szkice anatomiczne były dużo lepsze niż jakiekolwiek wcześniejsze ilustracje. Był pionierem proporcji. Na zakończenie swoich studiów anatomicznych stworzył ikoniczny już wizerunek płodu w macicy. To jedno z dwóch dzieł wraz z Człowiekiem witruwiańskim, które jest przykładem przenikania się sztuki i nauki w twórczości Leonarda. /więcej/

Raj utracony

Jest taka kraina, w której wszystko jest idealne. Czas tam płynie spokojnie, wszystko jest prostsze, łatwiejsze i takie dobre, Myśląc o niej czujemy ciepło w sercu i wiemy, ze właśnie tam, właśnie w tamtym czasie jesteśmy na właściwym miejscu. To kraina dzieciństwa i naszych wspomnień. I takim właśnie miejscem jest dla bohaterów książki Małgorzaty Witko „Wyrka” – mała wieś na Wołyniu.
W tej książce trudno jest wskazać głównego bohatera. Tu każdy jest ważny, a bohaterem jest ta kresowa społeczność. Żyje ona zgodnie z prawami natury, we wzajemnej sympatii i szacunku. Do tej społeczności trafia nowe małżeństwo nauczycieli – Zosia i Michał. Bez trudu odnajdują się w Wyrce. Szybko zdobywają aprobatę miejscowych. Wyrczanie, mimo, że mieszkają na wsi, to nie są potomkami chłopów, a miejscowej szlachty, Kultywują dawne obyczaje, a w ich żyłach płynie miłość do polskości i przekazywane z pokolenia na pokolenie wartości. Nic nie zwiastuje zbliżającej się tragedii.

Pierwsza część książki, to scenki rodzajowe z życia kresowej wsi. Rozdziały, jak w “Chłopach” Reymonta, noszą nazwy por roku. Autorka barwnie opisuje miejscowe obyczaje i szczegóły z życia ówczesnych Kresowian. Maluje piękny, idylliczny obraz raju utraconego. W drugiej części powieści nazwy rozdziałów zmieniają się na Burza, Noc i w końcu Dzień. Wydarzenia stają się mroczne i straszne. /więcej/

Było ich trzech

W każdym z nich inna krew, ale jeden… Właśnie – jeden cel, który przyświeca. Taki widoczny od początku do końca powieści. I warto ją przeczytać w związku z tym. Dać się porwać akcji, która zwalniając lub przyspieszając, wciągnie bez końca. Przemierzać wraz z postaciami puszcze lub miasta, sycić się zapachami, kolorami, dźwiękami, może smakami nawet. Kibicować walczącym bohaterom, obstawiać wygraną, smucić z przegranej. Poczuć magię. Rozmarzyłam się. Tego oczekuję od literatury fantasy i literatury w ogóle. Nie oczekuję natomiast od debiutu pisarskiego, choć książka Eweliny Stefańskiej zaskakuje. Niestety jest… tylko dobra. A mogłaby być bardzo dobra. I ponieważ „Więcej niż zło” jest pierwszą częścią cyklu, szczerze życzę autorce, by kolejne tomy zachwyciły. /więcej/

Mnicetaje żapary

Jak to jest napisać powieść, która będzie miała wpływ na rozwój literatury? Eugène Sue zapewne nigdy się nie dowiedział, że zainspirował (łagodniejsze słowo niż plagiat, czyż nie?) takich twórców jak Wiktor Hugo czy Emil Zola. Jak to jest być pierwszym francuskim autorem, który opublikował swoje dzieło w odcinkach, i to dziewięćdziesięciu, od czerwca 1842 roku do października 1843? Wyobrażacie to sobie? Tyle czekać na finał historii? Aaa, no tak, przecież wygląda się z utęsknieniem kolejnego sezonu ulubionego serialu półtora roku albo i więcej, jak to było w moim przypadku i chociażby „Dextera” (prawie 10 lat!). Cofam ten sęk. /więcej/

Nowy stary Mortka

To była krótka noc. A właściwie popołudnie, zahaczające o wieczór i kawałek nocy. Aż żałowałam, że nie pochłaniałam książki wolniej, gdyż wtedy miałabym takie poczucie czytania symultanicznego z rozwojem akcji. W czasie rzeczywistym. Następnym razem spróbuję się tak nie spieszyć! A będzie chyba następny raz, gdyż wydaje się, że Mortka powróci w kolejnej części.
Cztery lata czekania na kontynuację serii z komisarzem i… no cóż, od czego by zacząć? Przeczytałam szybko, bo tak się w ogóle czyta Chmielarza – szybko i namiętnie. Inaczej się nie da, choć wyjątkowo wydaje mi się przegadana „Długa noc”, ale pewnie było to zamierzone działanie autora, który jakby zmienił gatunek z kryminału na thriller psychologiczny. W związku z tym muszę powiedzieć, że jak na kryminał, to za mało akcji, a jak na thriller – za mało psychologizacji. W sumie to jakieś takie eklektyczne połączenie z powieścią obyczajową wyszło. I nie wiem, czy to dobrze, czy źle, zależy na co się czytelnik nastawi, więc trzeba się przygotować, że ze starego Mortki niewiele tu zostało. Awans, nowa praca, nowy związek, nowe przeczucia, nowa zagadka. Nowy, ale starszy, Mortka. /więcej/