Wkrótce….

Wkrótce….

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Sumienie Ameryki

Vonneguta nie trzeba chyba przedstawiać, ale przypomnę parę tytułów, coby młodsze pokolenie zachęcić może? Do czytania, rzecz jasna, ale to, że nakręcono filmy, też o czymś przecież świadczy. „Rzeźnia numer pięć” (sfilmowana), „Śniadanie mistrzów” (sfilmowane), „Matka noc” (sfilmowana). O „Syrenach z Tytana” (1959) już pisałam, dzisiaj przyszedł czas na pierwszą powieść autora „Kociej kołyski”, czyli „Pianolę”, wydaną w 1952 roku, a w Polsce dopiero w 1977. I tak sobie myślę, że Vonnegut, pisząc ten utwór w połowie ubiegłego wieku, nie spodziewał się zupełnie, że ktoś kiedyś o nim powie: „…nie trzeba chyba przedstawiać”. Zresztą do końca życia (2007) autor czuł się niespełniony i niedoceniony. A gdyby nie jego fantastyczne powieści, inspirujące innych autorów pytaniami egzystencjalnymi, zapewne nie doczekałabym się mojej ukochanej trylogii w pięciu księgach, czyli „Autostopem przez Galaktykę” D. Adamsa… /więcej/

Wyzysk i opór

To bez wątpienia jedna z ważniejszych książek ostatnich lat. Nawet jeśli powtarza to, co – przynajmniej niektórzy – wiedzą od dawna, nawet jeśli wpisuje się w modny paradygmat pisania historii na nowo – od strony grup, które do tej pory głosu nie miały – trzeba ją przeczytać.
Dla Leszczyńskiego historia to dzieje sposobów, w jakie jedne grupy społeczne zmuszają inne do podporządkowania i pracy. To schemat, który prawdopodobnie legł u podstawy powstania pierwszych państw w Mezopotamii i który potem obecny był wszędzie. Także nasze państwo powstało jako rezultat panowania jednych nad drugimi. Tak było u zarania i tak jest do dziś, ta historia bowiem nie ma happy endu. Książka Leszczyńskiego streszcza i syntetyzuje tysiąc lat zmagań pomiędzy uciskającymi i uciskanymi (zmagań, bo i ci drudzy nie zawsze byli całkiem bezbronni), a najnowsze daty naszej historii niewiele tu zmieniają. /więcej/

Taterniczki, marzycielki, zuchwałe baby

Anna Król po raz pierwszy przyjechała do Betlejemki, słynnego schroniska dla taterników, w 2015 lub w 2016 roku. Szkoliła się wtedy z turystyki wysokogórskiej i zaczynała przygodę ze wspinaczką tatrzańską. Dwa lata później wróciła do Betlejemki na kurs taternicki. Trzy lata później zaczęła pisać książkę „Kamienny sufit”, z podtytułem „Opowieść o pierwszych taterniczkach. Historia osobista”. Penetrowała archiwa, czytała wydawnictwa z początku XX wieku, prowadziła rozmowy z jeszcze żyjącymi przedwojennymi taterniczkami, ostatnimi świadkami pierwszych kobiecych wspinaczkowych trawersów w Tatrach. Pionierskich, brawurowych, odważnych, wyemancypowanych. „Dziewczynom, z którymi minęłam się w czasie. Taterniczkom, marzycielkom, zuchwałym babom. Wszystkim, które były pierwsze” – pisze autorka w dedykacji „Kamiennego sufitu”.
/więcej/

Miasto – dom – ojczyzna

Książkę Rafała Matyi „Miejski grunt” można czytać różnorako, jest to i podręcznik historii spisanej inaczej niż w imię idei narodu i doraźnego interesu, i przekrojowe ujęcie rozwoju infrastruktury miejskiej, i wreszcie analiza struktury miejskiego układu urbanistycznego, jego poszczególnych składowych. Zgodnie z tytułem, autor osadza swoje rozważania w granicach ziem polskich w dzisiejszym, współczesnym rozumieniu. Prowadząc czytelnika nie według dat wielkich bitew i koronacji, a w rytmie tworzenia się zalążków miast, powstawania kolejnych instytucji, autor zachowuje chronologię historii Polski opowiadając historię naszego kraju przez pryzmat rozwoju, który nie ma narodowości czy wyznania. /więcej/

Czy wiecie, że…

Dawno nie czułam się tak uradowana, czytając książkę. I tytuł naprawdę jest odzwierciedleniem treści – to rewelacyjny przewodnik po wszystkim dla dużych i małych. Choć skierowany jest głównie do dzieci, to wierzcie mi, nic tak nie cieszy, kiedy nagle okazuje się, że jeszcze sporo wiadomości z różnych dziedzin zostało w starej głowie! Nauka nie poszła w las, ale przyznam się, że poszła „daleko dalej” niż za moich licealnych nawet lat, warto więc przejrzeć minipodręcznik rysunkowy (nowy gatunek wymyślony przez moi na potrzeby tego artykułu) i zachwycić się światem jeszcze raz.
/więcej/

Wciąż bez zmian

„Świat bez kobiet” to nowe, poszerzone wydanie książki Agnieszki Graff z roku 2010. Zbiór felietonów powstałych pierwotnie z potrzeby opisania sytuacji praw kobiet w polskiej sferze publicznej po i w trakcie transformacji, dziś okazuje się zatrważająco aktualny. Ich lektura po trwających niedawno czarnych protestach wskazuje jasno, że prawa kobiet są od lat konsekwentnie i krok po kroku, już nie tylko lekceważone, ale i ograniczane. W imieniu wyższych celów, ważniejszych spraw wagi państwowej i wreszcie pod płaszczykiem zachowania poważnego tonu debaty.

Krótsze i dłuższe felietony ilustrują rzeczywistość ekonomiczną, społeczną i polityczną kobiet w kraju, który dopiero odkrywa swoją tożsamość, niestety nie ma w nim miejsca na sprawy kobiet – zawsze znajdą się ważniejsze tematy, a problemy kobiet wciąż nazywane są tematami zastępczymi. /więcej/

Obecność wypełni pustkę

Ja chyba nie potrafię inaczej napisać o tej książce, niż wcielając się w postać głównej bohaterki. A ponieważ zrobiłam to już trzy lata temu, to się niestety powtórzę, aczkolwiek opatrzę romantyczne wynurzenia innym wstępem. Otóż, są takie powieści, które się nie starzeją. I są tacy autorzy, którzy się nie starzeją. Należy do nich niezrównana Charlotte Brontë, zachwycająca mimo upływu czasu. A może właśnie dlatego? Podobno kobieta jest jak wino… Powieści Charlotte są takie – im człowiek starszy, tym więcej głębi i smaku odkrywa w tekście wydanym w 1849 roku (nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jaki bukiet miałoby wino z tego rocznika). Tak się stało też i ze mną, tym razem dostrzegłam więcej. I głębiej. Posłuchajcie więc dziewiętnastowiecznej (?) herstorii. /więcej/

Nic nie jest na zawsze

To się zaczyna już robić nudne, serio. Kolejną recenzję najchętniej zaczęłabym od: „wszystko jest inne niż się wydaje”. Cóż robić? Podobnie jest z „Cieniem utraconego świata”, opasłym woluminem, którego objętość może powstrzymywać przed zdjęciem z księgarnianej półki i pójściem do kasy. Osiemset sześćdziesiąt dziewięć stron czytania czystego dark fantasy, w którym zwrotów akcji jest aż nadto. A co gorsza, to dopiero pierwsza część „Trylogii Licaniusa”, debiutanckiej powieści Jamesa Islingtona, wydanej niedawno w Polsce. Jeśli pozostałe tomy są równie obszerne, to… nie zwlekajcie, warto będzie mieć całość w swojej biblioteczce. I oczywiście przeczytać!

Mogłabym też zacząć od: „wszystko już było”, gdyż uniwersum zbudowane przez autora do najoryginalniejszych nie należy. Jeśli choć trochę czytuje się fantasy, to szybko można się zorientować, że Islington wykorzystał sprawdzone wielokrotnie schematy. No ale tak naprawdę, czy jeszcze jest szansa na napisanie czegokolwiek bez nawiązań do znanych klisz? Nie mam pojęcia, przecież i tak od wieków wszyscy powielają… Szekspira. I chyba nie rzecz w tym, że się to w ogóle robi, tylko – jak. A australijskiemu pisarzowi udaje się wybrnąć wyśmienicie. /więcej/