Wkrótce….

Wkrótce….

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Jesteśmy potworami?

Nie jest to książka, która porywa jak huragan. Ani jak halny. W sumie to nie wiem, czy porywa w ogóle. W każdym razie mnie zrazu nie porwała – nie przeniosłam się do Oz (czyt. The World of Lore) w leju tornada jak Dorotka – pozostałam na tapczanie z potwornymi istotami w zasięgu wzroku. Czekały na mnie przez dwa tygodnie, aż do momentu, kiedy przeczytałam rozdział poświęcony Innym. I wtedy pojęłam (i dałam się porwać), że to nie jest książka o potworach, tylko o nas. Ludziach, którzy się boją.
Czego się boimy? Spośród setek przytoczonych opowieści o wampirach, wilkołakach, elfach, poltergeistach czy syrenach, największe wrażenie robią te, z których może wynikać, że sprawcą całego horroru był (i jest) człowiek, a nie siły nadprzyrodzone. Mahnke, przez cały swój fabularyzowany dokument, podkreślając sceptyczny stosunek do przedstawianych faktów (o ile to fakty), nakreśla czytelnikom historie niezwykłe i przerażające w swej istocie, potwierdzone historycznie datami i relacjami świadków. Aż strach się bać. /więcej/

Wszystko, by przeżyć

„Ktokolwiek ratuje jedno życie, jakby ratował cały świat.”

Żadna historia ocalałego z Auschwitz nie oswoi potworności obozu koncentracyjnego. Każda kolejna na nowo poraża i obezwładnia skalą zła, okrucieństwa, głębią piekła holokaustu, które pochłonęły miliony ludzi. Nie sposób się na nią uodpornić, zobojętnieć, znieczulić. Właśnie odchodzą ostatni świadkowie tamtych wydarzeń, z każdym dniem doświadczenia żyjących stają się historią. Choć dziś niektórzy próbują podważać i bagatelizować rozmiar Zagłady, naszym obowiązkiem jest nie zapomnieć.

Dwudziestosześcioletni Lale sam zgłasza się do niemieckiego obozu pracy w nadziei, że w ten sposób zdoła ocalić rodzinę. W 1942 roku dumny, pełen uroku osobistego młody mężczyzna w świeżo wyprasowanym garniturze, śnieżnobiałej koszuli i krawacie, z walizką wypełnioną książkami wsiada wraz z setkami innych do bydlęcych wagonów, by wkrótce wysiąść i przekroczyć bramę z hasłem ARBEIT MACHT FREI. Tam pozbawiony imienia, nazwiska, z nową tożsamością wyrytą na ramieniu igłą z zielonym atramentem składa sobie przyrzeczenie, że zrobi wszystko, by przeżyć i opuści to miejsce jako wolny człowiek. /więcej/

Rok przemian

„W 1968 roku młodzi ludzie w Europie nie pamiętają wojny na swoim kontynencie. To wyjątkowa sytuacja, bo ich ojcowie, dziadkowie i pradziadkowie ginęli na frontach, w obozach, w bombardowanych miastach. W 1968 roku młodzi kontestują rzeczywistość dorosłych i chcą ją naprawiać. Niby nic nadzwyczajnego, ale tym razem nie kończy się na chęciach.”

W historii świata przemija rok za rokiem, a większość nie pozostawia w pamięci nic nadzwyczajnego. Zdarzają się jednak takie lata, które pamięć o sobie zapisują z siłą rzeźbiarskiego dłuta wchodzącego w miękkie sosnowe drewno. Takim przełomowym rokiem był tytułowy 1968, bohater wielkiej opowieści dwojga znamienitych reporterów – Ewy Winnickiej i Cezarego Łazarewicza.
/więcej/

O twórcach, którzy nie czuli pod stopami ziemi

Tę pozycją powinni obowiązkowo przeczytać poloniści. Autor zgrabnie łączy bowiem walory literackie (literatura rosyjska lat stalinowskich) z historią tamtego okresu. To „gawęda” o czworgu artystów – Josipie Mandelsztamie, Michaile Bułhakowie, Marynie Cwietajewej i Sergiuszu Eisensteinie.
Młodzi, utalentowani, otwarci na życie. Każdy z nich wywarł niezaprzeczalne piętno swoją twórczością. Jedni hołubieni przez „kremlowskiego górala” – Gospodarza mieli sposobność osobistych spotkań, inni nigdy nawet z nim nie rozmawiali. Wszystkich połączył wszak… strach przed tyranem. Czasy przyszły takie, że nawet ci najbardziej płodni i utalentowani nie byli pewni jutra. Jeden szept, jedno pomówienie zawistnego i okropnie donosicielskiego środowiska, mogły sprawić, że żałosny komfort życia w cieniu Stalina, nagle zamieniony został na wyrok 10 lat łagru bez prawa korespondencji (wyrok śmierci), kazamaty Łubianki, wykluczenie z szeregu związku twórczego i niepublikowanie książek, co równało się z powolną śmiercią głodową i degradacją życia. /więcej/

Oczami kota podróżnika

Narratorem tej relacji z „życia, które jest podróżą, a każdej podróży towarzyszą pożegnania” jest kot Nana. Czy to za sprawą magicznej, kociej, siły powracają wspomnienia z dzieciństwa i młodości głównego bohatera? Można tak uznać wszak koty są wyjątkowe – inteligentne, ciekawe świata i ludzi, przywiązujące się do miejsc. Potrafiące odpłacić miłością za miłość. I ta emocjonalna relacja pomiędzy kotem a właścicielem szukającym dla czworonoga nowego domu, stanowi przyczynę opowieści na poły baśniowej (w warstwie przemyśleń i monologów kota), ale bardzo realnej w opisach kolejnych etapów podróży – ryżowych pól japońskiej wsi, przeraźliwie huczącego morza, wyniosłej góry Fudżi, szerokich przestrzeni Hokkaido, jazdy samochodem, kolejnych miejsc postoju i innych. /więcej/

Dajmy szansę szczęściu

O miłości i śmierci trudno jest mówić i pisać bez patosu. Dlatego też rzadko czytam romanse, które kojarzą mi się nieodmiennie z tandetą harlekinów. Naiwna fabuła, wyidealizowani bohaterowie i sceneria, brak wartości artystycznych, patetyczne wyznania i happy endy. Z obawą więc sięgałam po najstarszą siostrę Brontë i jej opowieść, zamkniętą w opasłym tomie. I… z ręką na sercu mogę jednoznacznie stwierdzić, że straciłam głowę dla Charlotte.

Tak, to jest romans, ale nie tylko. To przede wszystkim powieść o kobiecie silnej i doświadczanej przez los od dzieciństwa. Bohaterkę i zarazem narratorkę poznajemy w momencie pomieszkiwania u ciotki, pani Reed, ale nie będę streszczać kolei losu Jane (czy też samej Charlotte, gdyż w biografiach obu można znaleźć wspólne miejsca), dziwnych zresztą. Niewiarygodnych wręcz – nie chce się wierzyć, że tak mogły wyglądać szkoły dla ubogich dziewcząt w wiktoriańskiej Anglii, mnie Lowood przypomina bardziej lagry niż placówkę edukacyjną. Nie mniej, panna Eyre wyrosła na wykształconą i dumną kobietę, o silnej osobowości i niezachwianych zasadach etycznych. A szkoda… /więcej/

Za życia i po śmierci groźny

Ten bardzo obszerny literacki dokument (900 stron) to naukowa próba uporządkowania wydarzeń historycznych i samego życia Stepana Bandery. Dla badacza, szczególnie historyka tamtego okresu, to wyjątkowa książka z ogromną bibliografią i przypisami. Dla mnie jest sygnałem ostrzegawczym jak niebezpieczne są, bez względu na miejsce geograficzne i czas, skrajne ruchy nacjonalistyczne. Bandera – przez własny naród okrzyknięty Bohaterem Ukrainy (to prezydent Juszczenko przy sprzeciwie wielu państw przyznał mu ten tytuł) przez inne narody nazwany został bandytą. Polacy i narody dotknięte czystkami etnicznymi nigdy nie zaakceptowały tego wyniesienia na piedestał. Jaka jest zatem prawda? Bohater czy zwykły bandyta? Jak wynika z tej lektury prawda o prowydniku jest złożona, Bandera może być jednym i drugim jednocześnie. Tylko, że w oczach różnych narodów. Autor podkreśla jednak, że nikt i nic nie może zaprzeczyć stosowanym przez członków ukraińskich ugrupowań nacjonalistycznych (w tym także Banderę) metod ludobójczych przy czystkach etnicznych, profaszystowskich działań (kolaboracji z Niemcami podczas II wojny światowej) czy współuczestniczeniu w holocauście Żydów. Tego wymazać już się nie da, a tym bardziej zapomnieć o tym. /więcej/

Nie będzie już drugiej MM…

O Marilyn napisano wiele biografii czy raczej – prób pokazania „prawdziwej” Monroe. Książka S. Churchwell zdaje się być na tym tle dziełem wyjątkowym, gdyż autorka zestawia ze sobą wszystkie znane teksty i filmy dotyczące aktorki i stara się w drodze ich konfrontacji wydobyć autentyczną twarz Marilyn Monroe. A może więcej twarzy?

No cóż, nie będę ukrywać, że od czasu obejrzenia „Przystanku autobusowego” w reżyserii J. Logana stałam się wielbicielką MM. A po „Niagarze” (Hathaway) i „Pół żartem, pół serio” (Wilder) zupełnie straciłam głowę. Całe lata (sic!), od 10 roku życia, wycinałam i gromadziłam zdjęcia Marilyn pojawiające się w czasopismach czy gazetach, a potem wklejałam je do specjalnego zeszytu. Później wpadłam na pomysł dodawania do fotek również artykułów o niej. W swojej fascynacji posunęłam się na tyle daleko (tylko proszę się nie śmiać!), że zwracałam uwagę jedynie na chłopaków, których nazwiska zaczynały się na „M”, gdyż w razie ewentualnego zamążpójścia miałabym inicjały jak… Ona. /więcej/