Wkrótce….

Wkrótce….

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Zobacz

„(…) ludźmi rządzą dwa sprzeczne impulsy: pociąg do nowych rzeczy oraz tęsknota za wygodą, jaką daje nam to, co już znane. (…) Jeśli coś jest znane, przedstaw to w zaskakujący sposób. Jeśli coś jest zaskakujące, uczyń to znanym.”

Co jest ważniejsze, logo czy produkt który za nim stoi? Czy dobry projekt zawsze się obroni, zachwyci i wzbudzi entuzjazm klienta, tym samym stając się gwarancją realizacji? A projekt doskonały pociągnie za sobą pasmo sukcesów komercyjnych? Może prawdą jest, że oprócz pasji, zacięcia i talentu projektant musi wykazać się czymś więcej? Gdzie szukać inspiracji? Lepiej się wyróżniać, czy może płynąć z nurtem „znanych melodii” inżyniera Mamonia? Impulsywność, prowokacja, brawura i rozmach, czy esencja, prostota, oszczędność i detal?
/więcej/

Bezimienne najemniczki wychodzą z cienia

Wielką pracę wykonała Autorka, by udokumentować byt polskich służących do wszystkiego. Bo jak wyciągnąć z otchłani niebytu rzesze Maryś, Kaś, Wikt, Kazimier, Mariann i innych dziewczyn, które uciekając przed biedą w swoim rodzinnym domu,  nie pozostawiły po sobie nawet nazwiska? Owych bezimiennych najemniczek, które za wikt, opierunek i niewielkie wynagrodzenie (albo nawet i nie) oddawały J.W. Państwu wszystko co miały– młodość, zdrowie, przywiązanie?  Całym latami służyły wiernie swoim chlebodawcom nie bacząc na swoje potrzeby i samotną starość. Niewykształcone analfabetki,  których los przypieczętowany został już w momencie urodzenia – z roli popychadeł wiecznie niezadowolonych Pań i Panów – nie wychodziły do śmierci. Choć zdarzały się też przypadki, że mądre, pracowite i z wyobraźnią niewiasty potrafiły zadbać o siebie, a to za sprawą głównie szczęśliwego ożenku lub szczęśliwego spożytkowania latami ciułanych niewielkich pensji. /więcej/

Prawie jak gwałt

„Pomyślałam, że przecież mężczyzna nie wejdzie do damskiej toalety. Myliłam się. Nie zdążyłam zamknąć drzwi do kabiny, a on już był w środku i przyciskał mnie całym ciężarem ciała do ścianki działowej. Potem…”
Zabrzmiało jak początek opisu gwałtu? Owszem. I to ze mną w roli ofiary. Tyle, że miałam więcej szczęścia niż autor „Zgwałconego”. Udało mi się. Przypadek zadecydował o tym, że nie zostałam zgwałcona, a właściwie to część mojej garderoby. O tym za chwilę.

Zadziwiające, jak mało jest synonimów słowa „gwałt” w języku polskim w kontekście zmuszenia do kontaktu seksualnego. Ani „molestowanie”, ani „wymolestowanie” czy „pohańbienie” lub „zniewolenie” nie oddają okrucieństwa i ohydy tego aktu, więc z góry przepraszam za powtarzanie się. Zadziwiające jest też, jak wiele warunków musi być spełnionych w świetle prawa, o których pisze Douglas, żeby taki czyn został zakwalifikowany jako gwałt. A przecież przemoc, w jakiejkolwiek postaci, jest niewyobrażalnym złem. Autor dedykując swoje wyznanie – wszystkim pozostałym, podkreśla, iż nie ma znaczenia, kto jest ofiarą – mężczyzna czy kobieta. /więcej/

Niepokojąca prawda

Jak to jest, że tyle się na coś czeka, a kiedy już przyjdzie ten moment, „to” staje się tylko chwilą? Chciałoby się rzec (za Goethem), żeby trwało wiecznie, bo jest piękne, to jednak czas nieubłaganie zrobi swoje. Minie i tyle. I choć naprawdę chciałam czytać wolniej, to nie mogłam. Przegrałam walkę z „Wiatrakami”. 468 stron w mgnieniu oka. I tylko żal, że już koniec, że na kolejną część trylogii przyjdzie mi znowu czekać…

W Słupsku byłam przejazdem w te wakacje. Na chwilę, dosłownie. Nie zachwyciłam się, a po lekturze powieści, chyba bałabym się wysiąść jeszcze raz z pociągu. Oj, wiem, przesadzam odrobinę, ale klimat wiatracznych i policyjnych porachunków może przyprawić o zawrót… serca? Które jest jak muzyk (czyt. komisarz na tropie) i nie będzie improwizować, a skupi się na vendetcie. Oj, tak. /więcej/

Reżyser przypadku

Genewa, 1993 rok, pierwszy dzień zdjęć „Czerwonego” Krzysztofa Kieślowskiego z udziałem Jeana-Louisa Trintignanta, legendarnego aktora Vadima, Godarda, Leloucha, Bertolucciego. „Stop” – Kieślowski stanowczo przerywa legendzie w pół filmowego zdania. Szepcze coś tłumaczowi, ten z niewyraźną miną przekazuje legendzie wskazówki. Ekipa filmowa nie oddycha z wrażenia. Legenda nieco zesztywniała, ale wreszcie mówi: „On ma rację”. Później, gdy „Czerwony”, trzeci film z tryptyku po „Niebieskim” i „Białym”, o centymetr przegrał Oskara, Trintignant powiedział: „Poznałem pewnie z setkę reżyserów, łącznie z tymi największymi, Kieślowski to z pewnością najlepszy z nich. To człowiek o oszałamiającej wrażliwości, inteligencji i samodyscyplinie. To człowiek, który wymusza respekt”. /więcej/

Dojrzeć do miłości

Dickensa znamy i podziwiamy. A za co kochamy? Gdybym miała zacząć wyliczankę, nie starczyłoby mi czasu na czytanie innych jego utworów, więc powiem tylko jedno – za MIŁOŚĆ. Miłość w różnych formach, wszechobecną od pierwszej do ostatniej strony powieści. Miłość, która komplikuje wszystko, aż można stracić wszelką nadzieję. A jednak też taką, która zwiódłszy na manowce, zabłyśnie w końcu światełkiem w tunelu.
„Wielkie nadzieje”, jako powieść z tych słynniejszych autora, doczekała się wielu ekranizacji. I choć widziałam parę, z niecierpliwością czasem wyczekanych, to mimo wszystko doradzę przeczytanie książki przed seansem filmowym, gdyż żadna z nich nie ma „tego czegoś”.
A mówiąc wprost – klimatu XIX-wiecznej Anglii, nieodmiennie, mistrzowską ręką, odmalowanego przez pisarza. I ta atmosfera, oprócz wszechogarniającej miłości, także sprawia, że kochamy Dickensa. /więcej/

Wielogłos o biskupie normalności

W tej książce nie znajdziecie spiżowego posągu bohatera. Jest natomiast opowieść o Człowieku, niektórzy mówią kontrowersyjnym, a na pewno niepokornym, przedstawicielu Kościoła w Polsce. Autor pokazuje biskupa Tadeusza Pieronka, takiego jak postrzegają Go inni. Pieronka – osobę wszechstronnie wykształconą i erudytę -widzimy oczami członków Jego Rodziny oraz znanych Polaków – Jerzego Owsiaka, Marka Zająca, księdza Adama Bonieckiego, Jacka Żakowskiego, Janusza Gajosa, Marcina Przeciwszewskiego, Moniki Olejnik, Aleksandra Kwaśniewskiego.
Wspólnym mianownikiem tych zwierzeń jest fakt, iż jak twierdzą interlokutorzy, nie ma w Polsce tak odważnego uczestnika dialogu Kościół-państwo/społeczeństwo. Że to dzięki niemu możliwe były zmiany w skostniałych strukturach kościelnych w okresie przemian społecznych lat dziewięćdziesiątych. To co innym hierarchom kościelnym nie przechodziło i nie przechodzi przez ściśniętą krtań (dyplomacja to czy strach pomieszany z koniunkturalizmem?), księdzu biskupowi Pieronkowi nie sprawia kłopotu – wypowiada się odważnie na każdy temat – rozwodów, aborcji, życia ponad stan kleru, uchodźców od których odwróciła się Polska, pedofilii. /więcej/

Bądźmy artystami

Najchętniej zaczęłabym od zacytowania całości wstępu do książki, ale nie miałabym wtedy o czym pisać, gdyż słowa autora są zarazem kwintesencją treści „Przysionka…”. Skoncentruję się więc na jednym tylko zdaniu: „Kres niech wyznacza śmierć, a nie wizja ławeczki w parku i poczucie życiowego spełnienia”. Tak, ten zbiór opowiadań jest właśnie o tym, jak można przeżyć życie i… jak go NIE przeżyć.
Lubię, kiedy mężczyzna (tu: Tomasz Kowalski) myślą skrzydlatą wybiega w nieskończone przestrzenie (za Tetmajerem), ale ziemskiego świata. Proza życia zamknięta w konstrukcyjnie doskonałą prozę – gdyż autor kompozycyjnie, stylistycznie i fabularnie przemyślał każdy element, zamykając swoje spostrzeżenia w opowieściach czterech facetów – właśnie takie pozycje dobrze się czyta. To lubię. /więcej/