Wkrótce….

Wkrótce….

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Kochać jeże szczerze

Przeżyły epokę lodowcową, przetrwały mamuty i tygrysy szablozębne. Towarzyszą człowiekowi od neolitu, gdy ten się pojawił i zaczął karczować lasy, sadzić żywopłoty, uprawiać trawniki. I choć sprawił, że warunki życia dla jeży stały się lepsze, to jednak cywilizacja, którą stworzył przyniosła ogromne zagrożenie dla ich populacji. Autostrady, samochody, chemikalia, którymi spryskiwane są tereny zielone, upodobania kulinarne niektórych nacji oraz przesądy sprawiły, że jest ich mniej. Jeszcze nie tak dawno w Anglii ścigane edyktami królewskimi za „zjadanie jajek i wypijanie krowom mleka”, obecnie są pod ścisła ochroną tak jak w wielu przyzwoitych krajach. W innych krajach, traktowane jak przysmak na stole czy lek na wszelkie dolegliwości. /więcej/

Dryfując po Kalifornii

Jean Didion znana była w Polsce głównie ze swoich powieści oraz wspomnieniowego „Roku magicznego myślenia”. Tymczasem w Stanach ta amerykańska pisarka ceniona i nagradzana była za swoje liczne reportaże. Teraz także i my możemy zapoznać się z debiutem Didion w tym literackim gatunku.
Jeżeli powiemy, że bohaterem „Dryfując” jest Kalifornia, a „akcja” reportaży ma miejsce w szalonych latach 60-tych, to powiemy prawdopodobnie wystarczająco dużo, by zachęcić do lektury.
Mamy tu i Hollywood, na szczęście potraktowany po macoszemu i z przymrużeniem oka, mamy i hippisów, widzianych zazwyczaj z innej strony niż w socjologicznych rozważaniach. Choć i takowe się pojawiają i wydają się bardzo cenne. Dla autorki hippisi nie tyle buntują się przeciw amerykańskiej kulturze, ile jej po prostu nie znają. To pierwsze pokolenie, które wyrosło na glebie wielkich przemian po II wojnie światowej. Przemian głęboko materialistycznych, stąd dla Didion komuny, narkotyki, zainteresowanie religiami wschodu to wszystko wyraz tęsknoty za transcendencją. /więcej/

Żyć jak Arsène Lupin

Tak, właśnie tak. Żyć jak najsłynniejszy dżentelmen włamywacz. Co tu dużo ukrywać – postać francuskiego złodzieja fascynowała mnie od dziecka. I nie mówię tu, broń Boże, że chciałam okradać bogatych ludzi (chociaż Robin Hood swego czasu też był moim idolem), ale… no chciałam posiadać te umiejętności absolutnej metamorfozy wyglądu i włamywania się do z pozoru niedostępnych twierdz. I żyć niezależnie od kogokolwiek. Na poziomie, na którym wchodząc do markowego sklepu, nie sprawdzam ceny na metce. I stać mnie na wynajęcie ekipy ludzi, która pomoże przy „wkręcaniu” wybranego do oszustwa obiektu. A na koniec zostawić tylko wizytówkę z moimi inicjałami i różę. Rozmarzyłam się…
/więcej/

Polskie love story

Nie wiem – mam powiedzieć czy nie, jak się kończy polski romans wszech czasów? Zrobiłam rozeznanie wśród młodzieży licealnej i co tu dużo ukrywać, prawie nikt nie słyszał o „Trędowatej”, więc może nie zdradzać zakończenia, niech będzie niespodzianka? Z drugiej strony, wszyscy „starsi” odbiorcy doskonale wiedzą, a i tak czytają z wypiekami na twarzy. Do tego grona zaliczam się również ja, która obejrzawszy swego czasu chyba z dziesięć razy ekranizację Jerzego Hoffmana z 1976 roku, zakochana w ordynacie po uszy i w Stefci też, nie oderwałam się od opasłego tomiska powieści ani na moment, zanim nie dowiedziałam się, dlaczego… no i właśnie, powiedzieć?
/więcej/

Na dachach świata

Podobno co drugi-trzeci mężczyzna, gdy wejdzie na szczyt górski, rozpościera ramiona w geście Leonarda Di Caprio stojącego na dziobie Titanika, i, cytując klasyka, wrzeszczy: „Jestem królem świata!!!”. Pomysłodawca sceny, gestu na dziobie i tekstu wrzasku, reżyser James Cameron, odbierając Oscara za swój film „Titanic”, co zrobił?, oczywiście rozłożył ramiona niczym skrzydła i oznajmił widowni: „Jestem królem świata”. Po prostu. Jak to król. Góra rozbudza też w mężczyznach więź do objęć i talent do pieśni, jak w Szerpach, którzy tej zimy tuż przed zdobyciem K2 wzięli się grupowo za ręce i z hymnem nepalskim na ustach, równym krokiem wkroczyli na szczyt.
Rozentuzjazmowany komentator sportowy pytał: „Czy może się zdarzyć w tym roku coś piękniejszego w sporcie?”. Owszem. Kobieta na szczycie góry. Wejdzie tam sprawnie, bez testosteronowych okrzyków, narodowych śpiewów. No, może wybierze dobre ujęcie krajobrazu za plecami do zdjęcia. Potem zejdzie na dół i raczej będzie unikać dziennikarzy do snucia opowieści jakich to genialnych wpięć w granit dokonała w drodze na dach świata. /więcej/

Kwadratura czerni

„Chodźmy, wzywa nas kierunek zwiedzania, ale właśnie tak oszukamy śmierć. Rozpadniemy się na koła, prostokąty i trójkąty. Na krople farby. Albo na piksele. Zamienimy się w pył.”*

Rosyjski malarz, kreator „malarskiego atomu”, mesjasz, utopista, twórczy szaleniec, sztukmistrz, charyzmatyczny wizjoner, rewolucjonista, inspirator „architektury idealnej”. Geniusz, czy hochsztapler, drugorzędny malarz, a może wielki artysta? Filozof, pedagog, twórca, teoretyk i krytyk sztuki polskiego pochodzenia. Twórca nowego radykalnego kierunku w sztuce, pragnący oderwać się od rzeczywistości, Malewiczowska „jednostka podstawowa” miała maksymalnie uprościć wszelkie formy. Z czym kojarzy się Kazimierz Malewicz? Już na okładce pojawia się mała podpowiedź. Gdy otwieramy książkę nie mamy już żadnych wątpliwości- właśnie wkroczyliśmy w kwadraturę czerni. /więcej/

Nieodwracalne

Przełom XIX i XX wieku to wyrazisty i intensywny czas – czas niepokojów społecznych, wielkich wojen, wybuchu nowych nurtów artystycznych i czas przełomowych odkryć naukowych. W tych to właśnie niezwykłych latach Richard Rhodes rozpoczyna fabułę swojej książki. W roku 1933 po raz pierwszy spotykamy Leo Schillera, na którego spływa wizja wojny jakiej ludzkość jeszcze nie doświadczyła, i która wtedy jeszcze była niewyobrażalnym koszmarem.

Autor prowadzi fabułę opowiadając o życiu naukowców – fizyków i chemików, ich zmaganiach z codziennością na tle wrzącej Europy lat 20 -tych i 30-tych XX wieku, nierozerwalnie splatając je z gąszczem odkryć struktury atomu i rozpadu pierwiastków. /więcej/

Sześćdziesiąt lat

Walter Scott kojarzył mi się od zawsze z historią o rycerzu w białej zbroi i na białym koniu. Pewnie dlatego, że dziesiątki lat temu oglądałam serial „Ivanhoe” w naszej rodzimej telewizji, w dodatku czarno-białej… zerknęłam przed sekundą, kto grał główną rolę i już się nie dziwię, dlaczego się w tymże rycerzu zadurzyłam na amen (pomijając fakt, że był rycerzem i to na białym koniu). Przyszły odtwórca ról Świętego, Jamesa Bonda i właśnie Wilfreda z Ivanhoe – młodziusieńki Roger Moore! Tak! Jakby ktoś chciał zobaczyć intro, to TUTAJ. Warto przenieść się choć na minutę w czasy seriali z tamtych lat. No ale, hola, hola, miałam pisać o innym walterscottowskim bohaterze – Waverleyu. Tylko takie jakieś skojarzenie miałam, że ten Ivanhoe to… ponad sześćdziesiąt lat temu, bo z 1958 roku. A ja dalej uwielbiam Rogera. /więcej/