Wkrótce….

Wkrótce….

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Konflikty technologiczne

To może nie jest książka dla każdego, ale też nie tylko dla socjalistów. Napisana co prawda trudnym czasem do przebrnięcia żargonem z pogranicza nauk społecznych i technologii, warta jest poznania przez wszystkich zainteresowanych przemianami, jakim w coraz szybszym tempie podlega nasza cywilizacja.

Trwanie i rozwój naszego ludzkiego święta można postrzegać dwojako. Jest ono oparte na idei stałego, naturalnego ładu, co prawda często naruszanego, ale zawsze obecnego jako zarówno odległy cel, jak i drogowskaz do rozwiązywania bieżących problemów. Ta wizja wywodzi się ze starożytności, a podtrzymywana jest przez myślenie religijne. Można jednak także patrzeć na cywilizację jako miejsce ciągłych konfliktów, słynnej wojny „wszystkich ze wszystkimi”, jak zauważył angielski filozof Thomas Hobbes, autor tej wizji. Przy czym, dodajmy dwie istotne rzeczy. Konflikt tu nie jest zjawiskiem przypadkowym, naruszającym jakieś pokojowe status quo. Przeciwnie, jest on istotą społeczeństwa, ponieważ ono składa się z różnych jednostek, mających własne, sprzeczne z innymi interesy. Ponadto dodajmy, konflikt nie jest z natury rzeczą złą, choć może przybrać destrukcyjną formę. Jest on naturalnym skutkiem ludzkiej wolności i ekspresji a rodzi się głównie w wyniku skrzyżowania sprzecznych interesów. /więcej/

 Źle się dzieje w państwie chińskim

Ta książka ma dwa wymiary. Po pierwsze to książka o coraz potężniejszym państwie świata, które wkrótce (a może to już się stało?) przejmie rolę hegemona nie tylko w globalnej gospodarce, ale i polityce. Po drugie, niestety to relacja z tego, jak ten hegemon powoli ale konsekwentnie staje się tytułową dyktaturą. Olbrzymi wzrost gospodarczy Chiny zawdzięczają nie tylko taniej sile roboczej, ogromnej produkcji i eksportowi, ale także – w ostatnich latach – postawieniu na cyfrową rewolucję. Wystarczy przywołać tu spostrzeżenie jednego z zachodnich biznesmenów, który twierdzi, że kiedy opuszcza Chiny i wraca do siebie, czuje się jakby cofał się w czasie. A przecież nie mieszka w Afryce. /więcej/

Szczerość sztuki, słowa, życia

Maria Jarema, urodzona w 1908 r. malarka i rzeźbiarka, scenografka, projektantka kostiumów i aktorka – urodzona artystka miała „(…) w całym tego słowa tragicznym znaczeniu, z narzuconym już z góry, bez możliwości odwrotu, ciężarem życia spełniającego się wysiłkiem tworzenia (…), tę zdolność, która w sposób zasadniczy cechuje każdego wielkiego artystę (…), myśleć kategoriami abstrakcji”.
Mimo, iż jak sama deklarowała język nie był jej ulubioną formą wyrazu, w zapiskach i wypowiedziach zebranych w przez Agnieszkę Daukszę w książce „Maria Jarema. Wymyślić sztukę na nowo” poznajemy nie tylko ambitną i nie dającą się zaszufladkować artystkę, ale i działaczkę zaangażowaną w poprawę jakości życia kobiet, upowszechnienie sztuki wśród społeczeństwa oraz zachowanie artystycznej niezależności. /więcej/

Melancholia

Lubię, kiedy autor powoli buduje atmosferę tajemnicy i grozy. Lubię, kiedy trzyma mnie w napięciu i sprawia, że czuję dreszcz emocji przebiegający po skórze. Lubię, kiedy tym autorem jest Edgar Allan Poe! Tylko on potrafi tak poprowadzić narrację, że mrok i zwątpienie wkradną się w najdalsze zakamarki umysłu, siejąc strach i nieomalże fizyczny ból. Sącząc słowa z pogranicza obłędu, wykorzystają każdą słabość, by czytelnik zaczął się zastanawiać, czy wszystko wokół jest jeszcze realne, czy może dawno już przeszedł na drugą stronę. A co, jeśli tak?

Co tu dużo mówić – Poe był geniuszem. Genialne jest również wydanie „Opowiadań prawie wszystkich” (szkoda, prawie czyni różnicę, a można było pokusić się o wszystkie) w tłumaczeniu Sławomira Studniarza, począwszy od przekładu, a na okładce i ilustracjach skończywszy. Lubię, kiedy przesuwając palcem po tekturze, wyczuwam aksamit nadruku i gładkość we wklęsłych literach czy rysunku. Niezapomniane wrażenia, chciałoby się brać ciągle do ręki i dotykać, dotykać, dotykać! Zniewalające, doprawdy… jak i treść prawie wszystkich opowiadań. Próbowałam porównać do czegoś to, co one zrobiły ze mną – są jak wciskający się wszędzie dym, zasnuwający mgłą realność i przenoszący w inny wymiar. Wymiar fikcji Poego. /więcej/

Umarł Król…

Był wspaniałym, odważnym i dzielnym mężczyzną. Wojownikiem, który zyskał ogromny szacunek. Jego pogrzeb jest symbolem wielkości i trwania tego, co stworzył. Setki ludzi przybyło, aby pomóc jego duszy w drodze do zaświatów. Ogromną łódź wciągnięto na wzgórze, w niej złożono skarby należne jego pozycji. Łódź skierowano dziobem w stronę rzeki. Zawsze gotowa będzie do żeglugi. A potem… płynął czas….

John Preston w książce „Wykopaliska” relacjonuje to, co wydarzyło się w 1939 roku w Sutton Hoo… czyli około 2600 lat później.
Na terenie posiadłości Edith Pretty w hrabstwie Suffolk znajdowały się liczne kopce. Pani Pretty zdecydowała się zatrudnić archeologa, aby zbadać, czy kryją one w sobie zabytki z zamierzchłych czasów. Zatrudniony przez nią archeolog Basil Brown rozpoczął prace na największym z kopców. Odkrył prawie 30 metrową łódź, w której odnaleziono wspaniały skarb z okresu anglosaskiego. /więcej/

Życie jest cudem

Nie ukrywam, że Hesse był zawsze jednym z moich ulubionych pisarzy. Jego „Gra szklanych paciorków”, „Demian”, a przede wszystkim „Siddhartha” to najprawdziwsze arcydzieła. Tym chętniej zawsze sięgam po nowe, nieznane mi wcześniej jego książki, choć zarazem zawsze z pewną obawą, czy te dzieła sprostają oczekiwaniom. Tym bardziej, że – nie ukrywajmy – Hesse jest pisarzem minionej epoki, zarówno styl, jak i tematyka licznych książek trąci trochę myszką. Sam zresztą Autor zdawał sobie z tego sprawę.
„Kuracjusz” to taka właśnie opowieść, o humaniście w epoce pozytywistycznej, człowieku ducha w lecznicy ciała, mistyku wśród mieszczan. Tu właśnie widzę powód, dla którego warto jednak sięgnąć po te dwie minipowieści. Są one podszyte wątkami autobiograficznymi, a te zawsze gwarantują nam, że wzloty ducha napotkają na opór twardej materii życia. /więcej/

Trwanie codzienności

Niedawna śmierć Jolanty, córki Ireny, wnuczki Bronisławy „zobowiązała” mnie do sięgnięcia w końcu po odkładaną od lat lekturę jej najważniejszej książki. A przecież, ta wydana już 30 lat temu pozycja, to dla niektórych najważniejszy polski esej! A na pewno najbardziej niezwykły. Nie tyle bowiem esej o wężej lub szerzej rozumianej kulturze, ile o bycie. I o codzienności. To zresztą dla Autorki znaczy to samo, bo nasza powszedniość to przede wszystkim trwanie w samej istocie Rzeczywistości, która zawsze jest tu i teraz, nigdy gdzie indziej. /więcej/

O godności i nie tylko

Wzruszyłam się. Serio. Powrót do książki, którą przeczytałam czterdzieści pięć lat temu, spowodował lawinę wspomnień. Pamiętam dokładnie wyprawę do gminnego domu kultury podczas wakacji, kiedy pani bibliotekarka, wręczając mi „Małą księżniczkę”, zaznaczyła, że tej lektury nigdy nie zapomnę. I nie zapomniałam, a teraz, odkrywszy ją na nowo, mogę spokojnie się nawzruszać do woli. Mało tego, okładka i ilustracje akurat w wydaniu MG wydają się być najbardziej ze wszystkich pasujące do moich dziecięcych wyobrażeń i zachwycają kunsztem Reginalda Bathursta Bircha. No i jeszcze to tłumaczenie! Moje tłumaczenie! /więcej/