Wkrótce….

Wkrótce….

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Dziedzictwo wyboru

„Gdyby Nina wiedziała” Dawida Grossmana to esencjonalna opowieść o miłości, odpowiedzialności i uczciwości wobec siebie, i tych których kochamy.  Opowiedziana z różnych punktów widzenia, różnych osób, w różnych czasach, osadzona w realiach II wojny światowej, komunistycznej Jugosławii dyktatora Tito i w końcu współczesnego Izraela.
Historia tytułowej Niny, Wery i Gili jest tak uniwersalna, że mogłaby przydarzyć się pod każdą szerokością geograficzną i w każdym momencie historii ludzkości. Emocje bohaterek i bohaterów są tak stare jak ludzkość, przewijają się w opowieściach przekazywanych w ludowych podaniach, błyszczą w greckich mitach i rycerskich eposach.

Opowieść snuje się początkowo bez zachowania chronologii, myląc tropy, ostatecznie splątuje się i łączy bohaterów w jednej rzeczywistości, by pozwolić im przeżyć to na co nie mieli odwagi zdecydować się przez całe życie. /więcej/

Kobiety górą!

Jak to jest, ze do niektórych powieści wraca się i wraca… a te z czasów wiktoriańskich nigdy się nie nudzą… pochłaniałabym ich tony! Pewnie dlatego, że zazwyczaj są o miłości i piętrzących się trudnościach stających na drodze dwojgu zakochanych, i prawie zawsze kończą się happy endem. A do tego wszystkiego w tle Anglia, często mroczna, deszczowa i konserwatywna. Konserwatywna na tyle, że druga powieść Anne Brontë wydana na rok przed jej śmiercią (w 1849 r.) o pewnej lokatorce domu w Wildfell Hall wywołała skandal. No ale przecież od czegoś trzeba było zacząć prozę feministyczną, a za pierwsze w tym duchu uważa się właśnie dzieło najmłodszej z sióstr Brontë.

Gilbert Markham zakochuje się w Helen Graham. Co może pójść nie tak? Jak dobrze wiecie – wszystko. Tym bardziej, że kobieta skrywa wiele tajemnic. Z jej dziennika powoli wyłania się przeszłość, która wpłynęła na to, kim się obecnie stała. Zimna i stroniąca od towarzystwa. Kochająca matka dla małego synka. Wdowa. Artystka. A przy tym silna i niezłomna kobieta, która sama zarabia na swoje utrzymanie. W tych czasach? Niezależna od mężczyzn? Tak nie może być. Coś z nią musi być nie tak. /więcej/

Czułe projektowanie

„(…) każdy drobiazg, plama koloru, kształt mają swoje idealne miejsce. Znalezienie tego optymalnego to połowa sukcesu udanego wystroju.”
Małgorzata Szczepańska

Zawieszenie życia publicznego, praca w systemie home-office zrewolucjonizowały nasze życie. Wielu  wykorzystuje lockdown na nowo aranżując swoje wnętrza, by poczuć się lepiej, poprawić sobie humor, dodać nieco optymizmu i nadziei. Nabraliśmy odwagi, pozwalamy sobie na więcej niż kiedykolwiek wcześniej – więcej koloru, światła, roślin, wzorów, faktur, inspirujących i unikatowych akcentów. Detali wzbudzających uśmiech, wspomnień bliskich sercu. Nierzadko stać nas na nieco więcej szaleństwa, fantazji, zabawy i żartu. /więcej/

Po drugiej stronie tęczy

Jesteście tolerancyjni? Akceptujecie inność? Przypomnę, że między tolerancją a akceptacją jest ogromna różnica. Już wyjaśniam: jeśli coś/kogoś tolerujecie, to wcale nie musicie akceptować! Najprościej – możecie tolerować ludzi palących papierosy, ale nie akceptować tego, że palą w waszej obecności. Proste? No więc, tolerujecie queer czy akceptujecie? A może ani jedno, ani drugie? I tu się zaczynają schody. Schody na drugą stronę tęczy.

Tak naprawdę słowem kluczem w całej sprawie jest SZACUNEK. Szacunek dla drugiego człowieka, Innego, queer, geja, lesbijki, trans czy hetero. Szacunek dla czyichś poglądów, upodobań, koloru skóry czy kolczyków w języku. Tolerancja jest więc zgodą na to, by osoby o innych przekonaniach mogły spokojnie żyć obok nas, a my będziemy je szanować. Nieważne, czy wywieszą tęczową flagę na swoim balkonie, czy postawią ołtarzyk z Chrystusem na krzyżu. Akceptować – niekoniecznie, lecz właśnie z szacunku dla drugiego człowieka, który ma niezaprzeczalne prawo do godności, nie wolno nikomu mu tejże odbierać. W żaden sposób. Doskonale zdaję sobie sprawę, jak to wygląda w praktyce. I ubolewam. /więcej/

Władysław Łokietek … „Moja córka będzie Królem!”

Może rzeczywiście Władysław Łokietek, Jej Ojciec, miał podstawy, by spodziewać się, że Elżbieta z godnością i odwagą wypełni swoje obowiązki jako małżonka Karola Roberta Króla Węgier. Księżniczki i królewny od dziecka wychowywane były w duchu realizowania dynastycznych i politycznych celów swoich rodów. Ówczesna sytuacja polityczna Jej Ojca wymagała zyskania życzliwego sojusznika. Życie z pewnością jednak przerosło wszelkie przewidywane ewentualności.
Elżbieta miała około 14 lat, kiedy w lipcu 1320 roku odbyły się wspaniałe zaślubiny w Budzie, potem koronacja w Białogrodzie… no i jak zwykle w takiej historii, można by powiedzieć… i żyli długo i szczęśliwie! Ale jak…???

Zostając żoną Króla Węgier Polka weszła do Rodu Andegawenów, dynastii będącej boczną linią francuskiej dynastii Kapetyngów, której przedstawiciele panowali na Sycylii, w Neapolu, Węgrzech, w Albanii i Polsce. Znalazła się w centrum historycznych wydarzeń, i nie były to fikcyjne historie wymyślone przez zdolną pisarkę! To się działo naprawdę! /więcej/

Tajemnicze zniknięcie – czy ktoś wie, co stało się z Sarą?

Kiedyś, w czasach gdy byłam jeszcze nastolatką, dobra książka kojarzyła mi się z amerykańskim nazwiskiem, jaskrawą okładką i co najmniej trzecim miejscem w rankingu New York Timesa. Dzisiaj… dzisiaj z kolei dobra książka to taka, która mnie wciągnie. Niebanalni główni bohaterzy, wielowymiarowe postaci, wciągająca historia, ale także dobry i lekki styl, idealna harmonia między opisami i dialogami. Tak właśnie opisałabym „Sprawę Sary” Karoliny Głogowskiej. To pierwsza książka tej autorki, która wpadła w moje ręce i nie skłamię, jeżeli powiem, że to był strzał w dziesiątkę!

Akcja dzieje się dwutorowo. Mamy wątek teraźniejszy, w którym to dorosły już Witold, dziennikarz i główny bohater, wraca myślami do sprawy sprzed ponad dwudziestu lat, kiedy zaginęła jego koleżanka. /więcej/

Nadzieja, sen i śmiech

Ogniem i mieczem czy humorem i uśmiechem? Jak walczylibyście o lepsze jutro? Już słyszę te wesołe trzaski podpalanego przez uczniów chrustu pod moim stosikiem… a tak pół żartem, pół serio – czasem nic nie zostaje oprócz śmiechu przez łzy. Osobiście tak mam, że gdy mnie coś przerasta albo jestem bardzo zdenerwowana, to zaczynam się śmiać ze wszystkiego. Wystarczy iskra, a pożar nieokiełznanej wesołości pochłania mnie całkowicie. Zupełnie niepasującej do sytuacji, gdyż ta najczęściej jest poważna. Tak sobie więc myślę, że mimo wszystko śmiech ma oczyszczającą moc. Jak katharsis. Pewnie w ten właśnie sposób radzę sobie z samą sobą. A czym jest humor dla takich sław jak Abelard Giza czy Joanna Kołaczkowska? Odpowiedź znajdziecie w najnowszej książce Szymona J. Wróbla, którą czyta się z wypiekami od (u)śmiechu na twarzy.
/więcej/

Czas Conrada

Jakby tu zacząć… uczcie się języków! Gdyby Józef Teodor Konrad Korzeniowski nie znał francuskiego, nie znalazłby pracy w Belgijskiej Spółce Akcyjnej do Handlu z Górnym Kongiem i nie napisałby „Jądra ciemności”! Poszukiwano kapitana znającego biegle ten język i dzięki temu Joseph Conrad wyruszył na obfitującą w przygody wyprawę, dość tajemniczą, pełną niebezpieczeństw i intryg. I choć tyle lat spędził w Anglii, nigdy nie nauczył się (nie chciał?) poprawnego wymawiania wyrazów w języku angielskim, aczkolwiek po francusku mówił doskonale z marsylskim akcentem. Zaś wyprawa do serca Afryki była tą najważniejszą w życiu pisarza – jej echa odnaleźć można w wielu utworach, zaważyła jednak na zdrowiu kapitana, który w wieku 36 lat odszedł z marynarki i zajął się już li tylko twórczością literacką.
/więcej/