Wkrótce….

Wkrótce….

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Spadające piórka

Są takie powieści, które zostają w człowieku jak piętno. Mówię tu oczywiście o poprzednim utworze Agnieszki Bednarskiej, „Piętnie Katriny”, który wywarł na mnie wrażenie swoim rozmachem, połączeniem różnych gatunków i atmosferą. A zwłaszcza psychologicznym podejściem do traumatycznego tematu, jakim były przeżycia ludzi związane z Katriną, huraganem, który zabrał ponad dwa i pół tysiąca ludzkich istnień. Po czarnobylskiej katastrofie status osoby poszkodowanej posiada milion dzieci i dwa miliony dorosłych (za Wikipedią). Zawrotna liczba. Przerażająca. Nic jednak nie odstraszy turystów od zwiedzania skażonego miejsca, a artystów od podejmowania znanego na całym świecie motywu czarnobylskiej katastrofy. Przyciągnął też uwagę autorki, która w swoim najnowszym dziele wraca do wydarzeń z 1986 roku. /więcej/

Gangster czy książę z bajki?

Nel jest młodą kobietą, mającą ambitne plany na życie. Studia na prestiżowej uczelni są jej marzeniem, niestety niezrealizowanym. Idzie zatem do pracy do Franka Budowlanka, w międzyczasie dorabiając jako aktorka w drobnych spektaklach na terenie Polski. Tak bardzo chce się usamodzielnić i kupić własne mieszkanie, że łapie się każdej okazji, by zarobić trochę grosza.

Z kolei Kostek to facet, który się nie bawi w ceregiele. Bierze co mu się podoba i jak mu się podoba. To gangster, który sam o sobie myśli dokładnie w takiej kategorii. Jak trzeba zabić – zabije. Ukraść? Bez skrupułów. Uwieść kobietę, zaciągając do łóżka – z przyjemnością!
W dzisiejszych czasach kiedy na jaw wychodzą gwałty, wykorzystywania seksualne, a ruch #MeToo, czyli głośne mówienie o tym, jak kobiety są traktowane w showbiznesie, ale także na co dzień, Kostek nie różni się niczym od stalkera. Niby robi to w ramach „niespodzianek” i „dobrych chęci”, ale jego zachowanie nie różni się od zamykania ludzi w złotej klatce. Jeżeli chce coś mieć – zawsze to dostaje. /więcej/

Znacie? To posłuchajcie…

Muszę się wam do czegoś przyznać…Takiej frajdy nie miałam już dawno przy robieniu fotki książce. Wprawdzie trochę przekłamałam, gdyż o czerwonym ziemniaku z tropików zapomniawszy, użyłam polskiego jadalnego, idealnego do codziennego użytku, jak głosi tekst na worku, ale nie w tym rzecz. Już w momencie dorabiania oczu wszystkim trzem głównym bohaterom (jabłko, pomidor, ziemniak) poczułam, tylko się nie śmiejcie, że to nie są martwe (matko, jak to brzmi!) owoce… one normalnie na mnie patrzyły, jakby chciały powiedzieć: „Ha, jak nam dorysujesz buzie, to my Ci dopiero opowiemy to i owo!”. A potem zaczęły żądać, żebym je inaczej ustawiła do zdjęcia, to nie tak, mówiły, lepiej z tej strony, mnie trochę obróć, ja chcę być po lewej! I się porobiło. /więcej/

Góra dolna

Gdybym miała odpowiedzieć na pytanie, dlaczego chodzę po górach, nie usłyszelibyście chyba nic nowego – chcę pokonywać moje własne ograniczenia, podejmować nowe wyzwania, lubię ciszę i wiatr, zmęczenie fizyczne i samotność. Adrenalinę też. Nie lubię jednak ryzykować życiem, a wierzcie, na głupotę ludzką wystarczająco się napatrzyłam podczas przemierzania górskich szlaków. Przyroda jest nieobliczalna, trzeba więc być przygotowanym na każdą ewentualność i przede wszystkim – czuć wobec niej pokorę. To klucz do bezpiecznego powrotu z wyprawy. I choć nigdy nie da się przewidzieć wszystkiego, w chwilach podejmowania decyzji, czy iść dalej, czy zawrócić, bez wahania zawracajcie! Pokornie, lecz o własnych siłach. Cali i zdrowi. Bo tak naprawdę nic i nikomu nie musicie udowadniać, a zwłaszcza górom, których obojętne, nagie szczyty nawet nie zauważą, że was już… nie ma.

/więcej/

Spacerując nie tylko z książkami

„Książki potrzebują kogoś, kto wskaże im drogę do …czytelnika”. Takim kimś w powieści niemieckiej autorki jest 72 – letni Carl Kollhoff, który na co dzień pracuje w księgarni Pod Miejską Bramą. To samotnik, którego mieszkanie wypełniają regały z książkami. Nie ogląda telewizji, nie czyta gazet, stroni od dzieci. Książki są całym jego światem. Klienci wiedzą, że zawsze mogą liczyć na jego fachową poradę i polecenie ciekawej lektury.

/więcej/

Papa Doble

Morze, nasze morze… wieczne, nieskończone, potężne. Symbol pramaterii. Chaosu, otchłani, dzikości i zniszczenia. Tajemnicy. Mogłabym tak długo, a Kopaliński jeszcze dłużej, więc odsyłam do „Słownika symboli” tegoż, w którym przeczytacie między innymi o tym, jak popularny jest to motyw w literaturze i sztuce. I jak wiele znaczeń nam umyka, choć jedno z pewnością doskonale zinterpretujemy. Morze – życie ludzkie, pełne pokus i niebezpieczeństw, które przepłyniemy, dobijając do brzegu. Tak jak Santiago, bohaterski starzec, powracający do swojej wioski wprawdzie ze szkieletem marlina, ale jako zwycięzca. „Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać”, powiada Hemingway. Czy ma rację? /więcej/

Życie pieprzno-słone według warszawskiej pracoholiczki

Gaja to kobieta, o której marzy większość mężczyzn i której nienawidzi spora liczba kobiet. Bujne kształty, piękne włosy, anielski głos, a na dokładkę cięty język i  ogromny intelekt – tak można opisać panią Strzelczyk.  Na co dzień spotkać ją można w jednym z warszawskich hoteli, gdzie jako menadżer rozstawia ludzi po kątach, a także organizuje wszystko z największą precyzją, czyli dokładnie tak, jak życzą sobie tego właściciele przybytku. Wskutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, kobieta robi z siebie pośmiewisko, co, na jej nieszczęście, zostało skrzętnie udokumentowane oraz upublicznione na jednym największych kanałów informacyjnych.  Można by rzec, że tak właśnie zaczyna się historia naszej bohaterki – słodko-gorzka historia przeplatana krzykami, kłótniami i płaczem. /więcej/

Trzynasty miesiąc

W Drohobyczu był dom Brunona Schulza. Tam jego ojciec prowadził sklep z tekstyliami, na parterze narożnego budynku stojącego na drohobyckim rynku. Spalili go Rosjanie w 1915 roku. W Drohobyczu jest też dom jego siostry, u której zamieszkał w 1914 roku. Mam nadzieję, że jeszcze stoi… Dwadzieścia lat temu zawieszono na nim napisaną w trzech językach pamiątkową tablicę (błędnie datowaną) o treści: „W tym domu w latach 1910-1941 mieszkał i tworzył wybitny żydowski malarz i pisarz mistrz słowa polskiego Bruno Schulz 1892 – 1942”. Mistrz słowa polskiego. Wybitny. Zasymilowany Żyd, mieszkaniec ukraińskiego miasteczka. Zastrzelony tamże prawdopodobnie dwoma strzałami w tył głowy oddanymi przez gestapowca. Na ulicy. Tak jak i inny Polak, Aleksy Dawidowski, postrzelony w 1943 roku podczas akcji pod Arsenałem, również urodzony w Drohobyczu, odznaczony pośmiertnie Orderem Virtuti Militari. Tak jakoś mi się skojarzyło. Obaj są honorowymi obywatelami Drohobycza. Rzewuski, Grottger, Gottlieb, gen. Maczek i Kazimierz Wierzyński też. Prowincjonalne miasteczko, urósłszy w poetyckiej prozie Schulza do rangi przestrzeni mitycznej, łączy wszystkie te sławne postaci. Jedno miejsce, w którym narodził się i zmarł tragicznie nauczyciel miejscowego gimnazjum, artysta grafik, malarz i rysownik, krytyk literacki i pisarz. Bruno Schulz. /więcej/