Wkrótce….

Wkrótce….

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Siostra wichrowa

Lubicie tajemnice? Zagadki z przeszłości, które ciągle czekają na rozwiązanie? A do tego – jesteście fankami/fanami sióstr Brontë? Jeśli tak, to koniecznie musicie przeczytać „Królestwo na wrzosowisku”. Jeśli nie… to też przeczytajcie, chociażby ze względu na ogrom pracy włożonej przez Eryka Ostrowskiego w tropienie efemerycznej Emily i całej tej niezwykłej rodziny. Od pierwszego utworu do ostatniego. W klimacie Anglii pierwszej połowy XIX wieku, wrzosowisk i doskonałych powieści poznacie sekrety autorki, skrywającej się pod pseudonimem Ellis Bell.

Czy można czegokolwiek dowiedzieć się o człowieku, tylko czytając jego utwory? Może tak, a może nie. Jednak tylko tyle (aż tyle?) miał do dyspozycji Eryk Ostrowski. Plus oczywiście multum opracowań, ale w przypadku Emily często bywały to krzywdzące opinie, niestety najczęściej właśnie rozpowszechniona w mediach. /więcej/

Śmierć to za mało

O zemście w różnych odsłonach pisałam już niejednokrotnie, ale akurat w tej powieści zasługuje na szczególną uwagę. Jak i cały utwór Aleksandra Dumasa, który ugruntował jego sławę i przyniósł mu bogactwo tak wielkie, że wybudował zamek Monte Christo na wzór stworzonego przez siebie na kartach książki. Brzmi jak bajka? O nie, fabuła utworu niewiele ma wspólnego z baśnią. Chociaż… skoro nawet powstało anime bazujące na motywach „Hrabiego Monte Christo”, to coś fantastycznego w tym tekście mimo wszystko jest. Mnie jednak zafascynowała postać nietuzinkowego bohatera – Edmunda Dantèsa oraz misternie uknuta vendetta, o jaką trudno w prawdziwym życiu z całkiem prozaicznego powodu – do tak koronkowej i kosztownej intrygi trzeba niestety być krezusem! /więcej/

Bribri i ma biche

Miałabym tyle pytań… tyle pytań… ja… nie wiem, jak to powiedzieć… Mówicie, że najprościej jak się da? Ech… te wielokropki nie biorą się znikąd, każde wspomnienie przeczytanych „Zimowych notatek” wywołuje we mnie jakieś takie… poczucie? Uczucie? Derealizacji? Nie wiem, co tu robię, zamiast siedzieć w pociągu z Dostojewskim. Doprawdy nie. Ja właściwie… czułam się Dostojewskim w pociągu. Jakbym patrzyła na siebie, siedzącą obok, oczyma Fiodora. Zagmatwałam chyba. Chodzi mi o to, że Fiodor zabrał mnie w podróż. I ja byłam Fiodorem. O matko, zaraz mi tu Filidor dzieckiem podszyty wyjdzie albo anty-Filidor. Nie dam rady, nie wysłowię się dzisiaj, Fiodor i anty-Fiodor doprowadzili mnie do krańca mej drogi, w życia połowie, w głębi ciemnego tunelu. Do jutra. /więcej/

Dawno, dawno temu… czyli jak rodziła się legenda

Jeśli czytujecie Leszka Hermana – mogę spokojnie zacząć tę recenzję od nawiązań do poprzednich powieści. A jeśli jeszcze nie zainteresowaliście się twórczością polskiego Dana Browna, to najwyższy czas to zrobić. Wracając do tematu – jakoś tak jest od paru lat, że Autor raczy czytelników co roku nową powieścią: „Biblia diabła” (2018), „Sieci widma” (2019), „Zbawiciel” (2020), „Krzyż pański” (2021) i tegoroczna „Szachownica”. I w każdej z nich spotykamy znanych z poprzednich części bohaterów, w pierwszo- lub drugoplanowej roli, ale zawsze można liczyć na kontynuację któregoś z wątków. Tym razem Karen i Patryk po przejściach z „Krzyża pańskiego” lecą na wakacje do USA, a Igor Fleming pojawia się w epizodycznej roli, ale jakże istotnej! /więcej/

Kopytka inaczej

Lubicie kuchnię włoską? Zapewne usłyszę, że tak. A znacie jakieś inne potrawy oprócz pizzy i spaghetti? Pewnie tak. A wiecie, jak zrobić umbricelli al rancetto? Pewnie nie, ale Cristina Catese z chęcią wam opowie… a ja powiem, że dawno nie miałam w ręku książki o gotowaniu napisanej z taką pasją! I choć nie wszystkie przepisy są dla każdego, to warto poznać tajniki kuchni, która kojarzy mi się przede wszystkim ze słońcem, morzem, pastą, serami i błękitnym niebem.

Przepraszam, no nie mogę się powstrzymać przed zacytowaniem: „(…) O! szczęśliwe nieba/Krajów włoskich! różowe cezarów ogrody!/Wy klasyczne Tyburu spadające wody/I straszne Pauzylipu skaliste wydroże!(…) Zaczęli więc rozmowę o niebios błękitach,/Morskich szumach i wiatrach wonnych i skał szczytach,/Mieszając tu i ówdzie podróżnych zwyczajem/Śmiech i urąganie się nad ojczystym krajem (…)”. Mam nadzieję, że fragment równie rozpoznawalny jak gnocchi… mączne kluseczki w Polsce również wyrabiane, a kopytkami przez kucharki nazywane. Średnio mi ten trzynastozgłoskowiec wyszedł był, aczkolwiek – turlanie gnocchi po widelcu już nawet całkiem, całkiem… trening czyni mistrza, a przepisy Cristiny odrobiny wprawy mimo wszystko wymagają, niemniej warto spróbować! Z mąką i jajkami wszak zawsze zabawa przednia, czyż nie? /więcej/

Ani mru-mru

Tym razem będzie bardzo osobiście. Dzisiaj o książce Lucy Maud Montgomery, którą pierwszy raz w życiu przeczytałam prawie dokładnie czterdzieści trzy lata temu. A dzisiaj po raz drugi. I tak samo szybko, czyli w jeden wieczór. Inaczej z Anią się nie da… I choć doskonale znałam zakończenie, to sprawiło mi ono niewątpliwą przyjemność, bo któż nie lubi happy endów?

Jakoś tak mi się przydarzyło, że nie sięgnęłam po pierwszą część sagi o dziewczynce z Zielonego Wzgórza okrutnie długo. Zaczęłam od „Ani na uniwersytecie”, cofnęłam się do „Ani z Avonlea” i przeczytałam wszystkie kolejne, aż po „Rillę ze Złotego Brzegu”. A wszystko dlatego, że pani bibliotekarka w gminnym ośrodku kultury zniechęciła mnie, mówiąc, że to jest o rudej SIEROCIE. Yhym. I nie kolor włosów był przyczyną odkładania lektury na późniejsze kiedyś tam, ale to, że bałam się czytać o biednej, niechcianej przez nikogo, zielonookiej, małej Ani. Heh. Życie. Szekspira też mi ta sama pani nie chciała wypożyczyć, bo za mądry, a ja za młoda (dwunastolatka – za młoda na Shakespere`a, tfu!). No nic, czasu nie cofnę, oczy zielone mam od urodzenia, na któreś tam imię Anna, sierotą jestem od siedmiu lat, a włosy wreszcie rude (farbowane) – dopięłam swego. Upodobniłam się do mojej ukochanej bohaterki z lat dziecięcych. Uniwersytet też skończyłam. Aj, właśnie, przecież miało być o uniwersytecie!

/więcej/

Krzywda i zemsta

Zawsze tak robię. Czytam opublikowane w mediach recenzje, zanim napiszę swoją. Nie po to, by coś tam ściągnąć, tylko żeby się nie powtarzać. Tym razem się troszkę wkurzyłam, bo w co drugiej można przeczytać: „Stelar nie zawodzi”. Zawodzi, nie zawodzi. Jakie to ma znaczenie… I właściwie, dlaczego miałby zawieść lub nie. Tak jakby pisarza obarczać winą za to, że książka komuś się nie podobała. Wiem, wiem, każdy ma prawo, bla, bla, bla. Ha, chyba faktycznie się zdenerwowałam [śmiech]. Ad rem. To moja szósta recenzja prozy Marka Stelara. Zapewne nie jest też ostatnia. Zajrzałam więc również do poprzednich, oczywiście po to, żeby się nie powtarzać, jednak chyba będę musiała, o czym niżej. Na razie powiem tylko tyle: STELAR NIE ZAWODZI. /więcej/