Wkrótce….

Wkrótce….

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Dawno, dawno temu… czyli jak rodziła się legenda

Jeśli czytujecie Leszka Hermana – mogę spokojnie zacząć tę recenzję od nawiązań do poprzednich powieści. A jeśli jeszcze nie zainteresowaliście się twórczością polskiego Dana Browna, to najwyższy czas to zrobić. Wracając do tematu – jakoś tak jest od paru lat, że Autor raczy czytelników co roku nową powieścią: „Biblia diabła” (2018), „Sieci widma” (2019), „Zbawiciel” (2020), „Krzyż pański” (2021) i tegoroczna „Szachownica”. I w każdej z nich spotykamy znanych z poprzednich części bohaterów, w pierwszo- lub drugoplanowej roli, ale zawsze można liczyć na kontynuację któregoś z wątków. Tym razem Karen i Patryk po przejściach z „Krzyża pańskiego” lecą na wakacje do USA, a Igor Fleming pojawia się w epizodycznej roli, ale jakże istotnej!
W wielkim skrócie (książka jest opasłym tomiszczem – 606 stron z posłowiem) – Karen licytuje na aukcji skrzynkę, o której powiada się, że jest kuferkiem łowcy wampirów. Oprócz pięciu srebrnych kul, krucyfiksu, dwóch różańców i flakonika zawiera stary weksel z Pruskiego Banku Państwowego. I tenże weksel łączy dwie płaszczyzny czasowe, na których zbudował Herman swoją kryminalno-przygodową opowieść. Z elementami baśni i horroru, o czym później. Patryk od samego początku jest przeciwny poczynaniom Karen, wszak chciał zwiedzić Waszyngton, a nie Wirginię, jednak kolejne wydarzenia sprawiają, że już oboje nie mają odwrotu, muszą rozwikłać zagadkę do końca. Uwaga, spoiler – staną się świadkami morderstwa i będą brodzić po bagnach z aligatorami. Nawet rozbiją się samolotem. Ujdą z życiem, ale dwieście lat temu, w dawnych Prusach, nie każdemu uda się uciec przed śmiercią z rąk wampira. A właściwie – uciec spod jego kłów.

I całe szczęście, że kiedy akcja dzieje się parę wieków wstecz, autor zaznaczył w tytule rozdziałów „Dawno, dawno temu…”, sugerując tym samym konwencję baśniową, gdyż inaczej nie można tej opowieści potraktować. Zwłaszcza że pojawia się w niej motyw znanej i lubianej historii… Kopciuszka. I tak sobie myślę, że trochę przez to traci „Szachownica”. Możliwe, że Herman chciał pokazać, jak rodziła się legenda… Mimo wszystko miałam poczucie, że mocno naciągana, gdyż oryginału należałoby poszukiwać w połowie IX wieku w Chinach, a w Europie w XVII wieku – to Charles Perrault dodaje element szklanego pantofelka do znanej już baśni (u Hermana na stronie 271 – pantofelek, nie Perrault). Skąd to wiem? Hihi, z internetów oczywiście, z których przepastnych zasobów korzystają prawie bez przerwy Karen i Patryk, poszukując kolejnych tropów tajemniczej szachownicy i weksla z Prus. A co, jak stracą telefony? Sami się przekonajcie, bo czegokolwiek bym nie napisała o tej książce, to warto ją przeczytać. Jak każdą tego autora.

Niemniej, odbieram „Szachownicę” za najsłabszą ze wszystkich powieści Hermana, nie tylko z powodu matrymonialnych rozterek panien na wydaniu, pożyczających sobie nawzajem suknie i pakujących się w kłopoty z babskiej ciekawości, ale również z powodu mdło zarysowanych postaci z rozdziałów o dawno, dawno temu w Prusach, z którymi zupełnie nie mogłam się utożsamić. Poza tym do tej pory u autora ceniłam najbardziej związki fabuły z faktami historycznymi i miejscami na Pomorzu Zachodnim, a zwłaszcza moim ukochanym Szczecinem, oraz umiejętność ich wplatania w sensacyjne wydarzenia bez zbytniego przegadania. Tym razem dłużyły mi się okrutnie, a nad ostatnimi stronami po prostu przysypiałam. I zakończenie jakieś takie – nijakie. I Szczecina też mało… No cóż, może lepiej nie iść w stronę romansu historycznego, a skupić się na thrillerze opartym na autentycznych wydarzeniach? Za to szczerze podziwiam autora za ogrom wiedzy, dreszczyk i humor – zwłaszcza w nawiązaniach do filmów klasy B i C, jak chociażby „Oszukać przeznaczenie”, które sprawiły mi niezmierną radość. Podziwiam oczywiście także pasję, którą się Herman dzieli z czytelnikami. Czuć to od pierwszej do ostatniej strony, w każdym pikantnym szczególe z epoki i każdym historycznym smaczku.

No i o mały włos zapomniałabym na amen. Babcia Karen. I tak jak w poprzedniej recenzji żałowałam, że za mało o Patryku było, tak teraz nadrobię przy babci. Ta postać jest rewelacyjnie nakreślona. Zasługuje, razem z dziadkiem rzecz jasna, na taką część, w której byłoby babci więcej. I tak sobie konfabuluję, że gospodarstwo agroturystyczne prowadzone przez emerytowaną nauczycielkę matematyki, ma spory potencjał lokacyjny… hmm… a babciny talent do rozwiązywania zagadek logicznych można by też spożytkować do… ale zostawmy to autorowi, niech jak najszybciej pisze następną książkę z Pomorzem Zachodnim w tle, a jeszcze lepiej na pierwszym planie, na którą będę niewątpliwie czekać z niecierpliwością.

Mirka Chojnacka – @rudamiczyta

Leszek Herman „Szachownica. Wydawnictwo MUZA, 2022


Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>