Wkrótce….

Wkrótce….

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Emigracja – bezlitosna bestia

Granica państwowa między Stanami Zjednoczonymi i Meksykiem to granica między bogatymi i biednymi. Bezrobocie, ubóstwo oraz przepaść cywilizacyjna zmuszają meksykańską ludność do nielegalnego przedostania się na teren USA i znalezienia tam pracy. W ten sposób walczą o przeżycie i utrzymanie swoich rodzin. Wobec ogromnej fali emigrantów amerykańskie służby graniczne stosują coraz więcej zabezpieczeń. Mury, bariery, psy gończe, monitoring i najnowsze technologicznie czujniki nie powstrzymują jednak zdesperowanych Meksykanów, którzy za wszelką cenę próbują dostać się do Stanów. Sytuację tę wykorzystują różne grupy przestępcze żądając horrendalnych okupów za przeprowadzenie przez granicę. Wykorzystują też emigrantów do przemytu narkotyków. Dla nikogo nie ma taryfy ulgowej, również dla dzieci. Ryzyko jest tak wielkie, że można nawet stracić życie.

Właśnie ten drażliwy, ale jakże bolesny problem współczesnej ludzkości, porusza w książce pt. „Emigracja” José Manuel Mateo. Autor jest wykładowcą na uczelni w San Luis Potosi i chociaż sam nie doświadczył nigdy emigracji, napisał tę opowieść z myślą o tym, co mogłoby się jemu i jego rodzinie przydarzyć, gdyby do tego doszło.
Mateo przenosi czytelnika do zdawałoby się najpierw beztroskiego Meksyku za pośrednictwem bezimiennego bohatera, którym jest kilkuletni chłopiec. Nie wiemy jak się ów chłopiec nazywa, ale wiemy, że żyje w pełnej, kochającej się rodzinie. Ma mamę, tatę, siostrę i psa. Rodzice uprawiają pole. Rodzina utrzymuje się ze sprzedaży arbuzów i papai. I nagle wszystko się zmienia. Ziemia zostaje zabrana i nie można już jej więcej uprawiać. Do domów zagląda głód. Dorośli mężczyźni w poszukiwaniu pracy decydują się na wyjazd. We wsi zostają tylko kobiety z dziećmi. Wkrótce także i one, zmuszone pogarszającą się sytuacją bytową, opuszczają dom. Dzieci zabierają ze sobą, bo przecież nie mogą ich pozostawić bez opieki.
Podróż jest pełna niebezpieczeństw. Najgroźniejszy jest pociąg, do którego należy wskoczyć w biegu. (Prawdopodobnie chodzi tu o pociąg towarowy zwany „La Bestia”. Jednorazowo jedzie nim nawet kilkaset emigrantów, którzy kilkugodzinną podróż spędzają przede wszystkim na dachach wagonów.) Przychodzi ciemna noc i robi się strasznie, nie wolno dać się złapać rozbestwionym łowcom emigrantów. Potem pojawiają się jeszcze uzbrojeni policjanci, groźne psy, wysoki płot i wreszcie upragnione Los Angeles. Kończy się happy endem, ale czy na pewno? Gdzie jest tata? Co porabia ukochany pies? Czy świetliste reklamy potrafią zaspokoić tęsknotę za domem? Co stało się z ludźmi, którym nie udało się przekroczyć granicy? Jak będzie wyglądał jutrzejszy dzień?

Obok opowieści słownej snuje się w „Emigracji” cudowna opowieść obrazowa. Jej twórcą jest ilustrator Javier Martinez Pedro, Indianin z Xalitla – miejscowości słynącej z tradycji tworzenia „papel amate” czyli tradycyjnego roślinnego „płótna”, na którym zapisywano w Meksyku rzeczy ważne. Aby nawiązać do formy „papel amate” książka składa się w harmonijkę i przewiązana jest wstążką. W ten sposób powstało prawdziwe dzieło sztuki, które na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym szczególnym. Drobne elementy na obrazie zlewają się w jednolitą szaroburą przestrzeń. Odczucie takie powoduje zapewne fakt, iż artysta użył zaledwie jednego koloru: czerni.
Wystarczy jednak choćby na krótką chwilkę skupić wzrok na tej zdawałoby się szaroburej przestrzeni, by szybko przekonać się, że mamy do czynienia z arcydziełem. Teraz już wiadomo dlaczego „Emigracja” otrzymała nagrodę New Horizons Award na Targach Książki Dziecięcej w Bolonii w 2012 roku. Wszystko jest tu dokładnie przemyślane, a każda kropka i kreska pieczołowicie i starannie wykonana. Na długiej, dosłownie, bo około 2-metrowej, ilustracji obserwujemy nie tylko losy bezimiennego bohatera i jego rodziny, ale także historię całego narodu meksykańskiego.
W promieniach słońca i w blasku księżyca odczuwa się najpierw dziecięcą radość i beztroskę, jest zabawa na polu i kąpiel w morzu. Potem, gdy ojciec wyjeżdża a matka bezskutecznie szuka pracy, pojawia się niepokój. Następnie, kiedy matka postanawia wyruszyć z dziećmi do ojca, czujemy przez chwilę naiwną ciekawość świata. Wiedzie ona w podróż ku zdawałoby się lepszemu życiu, by nagle przy pociągu przerodzić się w strach i przerażenie. Bohaterom udaje się przeskoczyć wysoki płot, ale choć widnieją za nim napisy „Hollywood” i „Los Angeles” wcale nie jest sielsko i anielsko. Na ziemi wiją się jadowite węże, a po ulicach krążą wozy policyjne. Trzeba się ukrywać w miejscach, do których nie docierają wesołe promienie słońca. I chociaż z tęsknoty i zmartwienia żal serce ściska, trzeba szybko pożegnać się z dzieciństwem, bo jutro zaczyna się sprzątanie domów.

Czerń symbolizuje żałobę i smutek. Artysta nieprzypadkowo zatem właśnie w tym kolorze zilustrował zjawisko, jakim jest emigracja. Informuje on w ten sposób czytelnika o tym, że wiele osób zmuszonych do emigracji straciło przez nią swoje życie, a umarłych pochłonęła mroczna czeluść. Nawet czarna wstążeczka przymocowana do okładki kojarzy się z kirem. To znak, że należy pamiętać o tych, którzy zginęli w drodze ku lepszej przyszłości.

Wiem, że nie jest to łatwa lektura. Nawet gdy piszę te słowa spoglądając co i rusz na leżącą obok mnie „Emigrację” ogarnia mnie wzruszenie i niepokój. Na pierwszej stronie okładki widać ludzi próbujących rozpaczliwie dostać się do jadącego pociągu, ostatnia strona okładki jest natomiast cała czarna, tak jakby chciała powiedzieć mi, że nie wszystkich ów pociąg dowiózł do celu, niektórzy podczas podróży po prostu zniknęli. Nie wiem, jak to w ogóle mogło być możliwe. Wśród tych nieszczęśników były przecież także dzieci! Pozostałym udało się co prawda cało i bez szwanku przedostać przez granicę, ale nie zapewniło im to wcale poczucia bezpieczeństwa. Przebywają w obcym kraju, w którym nikt nie czekał na ich przyjazd, nikt nie cieszy się z ich wizyty i nikt nie będzie ich szukał, jeśli któregoś dnia po prostu znikną tak samo jak ci w pociągu. Żyją więc z dnia na dzień; są, ale jakby ich nie było. Prowokuje mnie to do zadania pytania: Czy my także zdołalibyśmy żyć bez możliwości snucia planów choćby na najbliższą przyszłość? Na mnie wizja takiego życia działa przerażająco.

Uważam, że „Emigrację” warto przeczytać i omówić ze starszym dzieckiem. Młodzi Polacy powinni wiedzieć, że na świecie są kraje, w których dzieci zamiast bawić się i uczyć, muszą ciężko pracować i żyć w ciągłym strachu. Może docenią wówczas rzeczywistość w jakiej żyją, a krzywda innych ludzi nie będzie im obojętna. Być może w przyszłości zdecydują się nawet na aktywny udział w udzielaniu pomocy humanitarnej. Mając na uwadze perspektywę takich działań oraz doznania emocjonalne i estetyczne, jakich dostarcza „Emigracja”, dziękuję wydawnictwu „Widnokrąg” za wprowadzenie tej książki na polski rynek.

Wioleta Słoka

José Manuel Mateo, Emigracja, Il. Javier Martinez Pedro, Tłumaczenie: Marta Jordan,Wydawnictwo Widnokrąg, 2013


Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>