Wkrótce….

Wkrótce….

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Gargantuiczna sprężynka

Na pierwszy szelest kartki, to powieść obsceniczna, niewybredna i nieznająca umiaru. Można by rzec – prostacka i wulgarna. Jednakże, pod przykrywką naiwności, bezczelności i groteskowości, kryje się wielopoziomowa głębia, której odkrywanie stało się moim udziałem. A raczej – zaszczytem, gdyż dzieło życia Rabelais`go wzbudza ogromny szacunek swoją panoramicznością i niepowtarzalnością.

Zamiast streszczenia (fabuła jest tu najmniej ważna), pokuszę się o krótki zarys sylwetki autora, gdyż Rabelais niepospolitą postacią był i basta. Najmłodszy z rodzeństwa (urodził się około roku 1490), przeznaczony do stanu duchownego przez rodziców, ostatecznie, po piętnastu latach (sic!) nauki został kapłanem, wyświęconym w roku 1519. Niestety, jego chęć wiedzy, niezależne poglądy i znajomość greki niepokoiła bezmiernie ojców franciszkanów. Uciekł z klasztoru, błąkał się tu i ówdzie, by mniej więcej w roku 1530 studiować medycynę, której znajomością nie omieszkał się popisać w „Gargantui…”. Został szpitalnym lekarzem, ale to zajęcie mało dochodowe i w tamtych czasach, więc imał się pracy wydawniczej i tworzył almanachy. Na zlecenie księgarza przygotowuje nowe wydanie znanej i lubianej baśni o olbrzymie Gargantui, i nikt nie podejrzewa, że „Przygodna praca (…) stała się momentem, który zapłodnił wielkiego pisarza jego dziełem” (Boy-Żeleński). Rabelais przez dwadzieścia lat pisze księgi swojej epopei, czwarta ukazuje się w roku 1552, a w 1553 pisarz umiera.

A wraz z nim umiera fantastyczny świat olbrzymów, w którym nie ma tematów tabu, a szydzić można ze wszystkich i wszystkiego (aluzji jest aż nadmiar), i przede wszystkim – jeść i pić bez żadnego umiaru. A co najważniejsze – cieszyć się życiem bez granic! Toż to początek renesansu właśnie! Nagle można i trzeba fascynować się własnym ciałem, z jego nieodłącznymi „okropnościami”. Nie zabraknie u Rabelais`go dosadnych opisów dołu materialno-cielesnego (za Bachtinem), ależ czy nie takim jest człowiek? „I odszedł, pierdnąwszy z wielkim wzburzeniem”.

Nie zasnęłabym chyba, pomijając warstwę językową dzieła Rabelais`go. To jest… po prostu niesamowite, z jaką lekkością można pisać i jak ogromnym zasobem słownictwa można się popisać. Hmm… czy wiecie, co to saczek? Otóż, to podłużny woreczek w pludrach na męskie części rodne. Cudowne miał dzieciństwo Gargantua, gdyż rozpieszczany był przez niańki, a właściwie jedna część jego ciała, takimiż określeniami: mój koreczek, świderek, gałązka koralu, szpuncik, patyczek, grajcarek, sprężynka, żądełko, wisiorek; „inna mówiła: moje słodycze twardziuchne, mój stojaczek, (…) moja kusiunia słodka”. Tylko pozazdrościć inwencji, a autor miał jej nieograniczone zasoby. Samo wyliczenie dziecięcych zabaw bohatera zajmuje siedem stron…

Prafrazując hasło europejskiego humanizmu – nic, co pantagrueliczne, nie może być ludziom obce. A utwór Rabelais`go mało, że jest najbliższy (ze wszystkich znanych mi) naturze, to jeszcze zachwyca. A zatem, dlaczego Rabelais wzbudza w nas zachwyt i miłość? Dlatego, że wielkim pisarzem był! Tak, tak, jeśli komuś bliski jest Gombrowicz, to nawet odnajdzie w „Gargantui…” prototyp pojedynku na miny. I z całą stanowczością mojego nauczycielskiego stażu stwierdzę, że między wersami Rabelais`go mieszka nieśmiertelne piękno. A kto nie czytał, ten trąba.

Mirka Chojnacka

François Rabelais, Gargantua i Pantagruel, przekład: Tadeusz Żeleński (Boy), Wydawnictwo Mg, 2017

Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>