Wkrótce….

Wkrótce….

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

I cały Herman na nic

Zdenerwował mnie Leszek Herman. Serio. W sensie – sama się zdenerwowałam, gdyż nagle doszłam do wniosku, że umknęła mi przedostatnia jegoż powieść. Panika. Jak napiszę o ostatniej części? Przecież ten wątek, intrygujący zaiste bardzo, mógł już dawno zostać zakończony w poprzedniej. Od czego ma się jednak znajomych, w tym również czytających i piszących? Nie no, w sumie mogłabym i bez tej informacji, ale lepiej zawsze mieć obraz całości i pewność, że się człowiek nie wygłupi. Do rzeczy.

W najnowszej przygodówce znanego i lubianego szczecińskiego pisarza aż kłębi się od różnorodnych wątków, perspektyw narracyjnych, płaszczyzn czasowych i miejsc akcji. Szczecin sprzed pandemii (chociaż i ten motyw przewinie się w tle), Szczecin i okolice z czasów II wojny światowej, Kopenhaga współcześnie. Prace na Łasztowni, Wyspa Pucka i rajdy po szczecińskich ulicach, w tym niedaleko ode mnie, na Raginisa! Powiem wam, że creepy, doprawdy, kiedy można przeczytać o doskonale znanych miejscach i dostrzec ponownie każdy szczegół, ale tym razem w otoczce sensacyjno-kryminalnej. To ogromna zaleta wszystkich książek Hermana – nawet rodowici szczecinianie odkrywają historię rodzinnego miasta czy całego Pomorza Zachodniego na nowo i od niezwykłej strony.

A tajemnic jest wiele w „Zbawicielu”. Od samego przestępcy, tytułującego się dość wymownie – Heiland der Welt czy obrazu Leonarda da Vinci począwszy, na opisanym w epilogu ośrodku w okolicach Goleniowa z najwyższą wojskową rangą ochrony, skończywszy. I nie mam bladego pojęcia, jak to robi Herman, ale przynajmniej na mnie działa w ten sposób, że natychmiast sięgam do przepastnych zasobów internetów, by odszukać/poszerzyć/sprawdzić te rewelacyjne wiadomości. Innymi słowy – dokształcić się, zazdroszcząc dociekliwości dziennikarskiej Paulinie Weber czy wiedzy architektonicznej Igorowi. A skoro o nich już mowa, to przy poprzedniej okazji pisałam, że wkurza mnie ta przydługa gra wstępna między bohaterami i jak się okazuje w tej części – nadal trwa. Ciągle nie są parą! A Paulinę podrywa i całuje w końcu… och, no znowu nie mogę napisać, kto to taki, gdyż wtedy cały Herman na nic. Umówmy się, że jest to Książę z bajki.

No i właśnie, bardzo mizernie wypada wątek Księcia z bajki, gdyż jest jak… z bajki czy jakiegoś harlequina wręcz. Rozczarowałam się okrutnie, zwłaszcza że na samym początku wątku kopenhaskiego autor próbował wpuścić mnie w maliny, ale w trakcie rozwoju akcji zorientowałam się szybko, że to fałszywy trop, choć jeszcze przez kilkaset stron miałam nadzieję na inne rozwiązanie. Nic z tego. Jest jak w bajce. Szkoda. Niemniej, końcówka powieści została napisana w tak zawrotnym tempie i tak emocjonująco, że można kompletnie zapomnieć, w jakiej czasoprzestrzeni się człowiek znajduje. Powrót do rzeczywistości okazał się dla mnie bolesny, gdyż odkryłam poniewczasie, że nie wzięłam udziału w spotkaniu, na które byłam umówiona od tygodnia. Jakie faux pas… a może to raczej na korzyść „Zbawiciela”? Przekonajcie się sami.

Mirka Chojnacka

Leszek Herman „Zbawiciel”, Wydawnictwo Muza, 2020

Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>