21 października 2017 r.

21 października 2017 r.

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Bogaty zbiór e-książek

Bogaty zbiór e-książek

Książka w prezencie

Książka w prezencie

Współpraca

Współpraca

Książki pisane na prowincji – rozmowa z Katarzyną Enerlich

Katarzyna Enerlich 1O pisaniu, życiu z dala od miasta, i o tym, że marzenia się spełniają opowiada Katarzyna Enerlich, autorka m.in. książki „Prowincja pełna szeptów”, która ukazała się w czerwcu tego roku.

Pisanie książek to podobno Pani marzenie z dzieciństwa. Spełnione marzenie…  Dość wcześnie  zaczęła się ta przygoda z pisaniem, prawda?

Bardzo wcześnie, bo już w przedszkolu czytałam dość biegle, więc z musiałam pisać. Wychowałam się w domu, w którym się czytało. Nasiąkłam tym od dzieciństwa. Ostatnio na FB znalazłam zdjęcie półek z książkami. Zdjęcie podpisane było mniej więcej tak: przepraszam, ale wychowały mnie książki, więc jestem trochę aspołeczna. No i pomyślałam, że to racja. Książki i koty były pierwszymi moimi zagadkami z dzieciństwa i pozostałam im wierna.  Piszę i mieszkam z dwoma kotami. Między innymi :-) Mając dwanaście lat napisałam pierwszy artykuł do Płomyka i od wtedy zaczęłam być dziennikarką. Czyli w tym roku obchodzę jubileusz 30-lecia pracy zawodowej. :-)

Ale nie od razu zostaje się pisarzem… Czym zajmowała się wcześniej Katarzyna Enerlich?

Przez większość życia byłam dziennikarką, to zawód wykonywany najdłużej. Miał jednak różne natężenia i okresy, a tak zwanym międzyczasie byłam nauczycielką, malowałam obrazy (malarka to jednak za duże słowo), opiekunką osób starszych, konsultantką kosmetyczną, urzędniczką, pracownicą informacji turystycznej, skończyłam kurs komputerowy dla bezrobotnych, zatem byłam nawet osobą bezrobotną. Tak się życie różnie plotło… i któregoś dnia postanowiłam, że napiszę książkę, bo muszę zwolnić się z mojej pracy. Bo jej nie lubiłam. Nie zamierzałam w niej spędzić kolejnych lat mego życia. Postanowiłam więc zmienić je na lepsze i zajmować się tym, co kocham, bo przecież życie nie ma repety.

 A teraz podobno mieszka Pani na Mazurach,  z dala od miasta i …. żyje z pisania! Czy to prawda?

Tak. Nie chciałam również mieszkać w bloku. Postanowiłam zbudować dom. To miał być mój pierwszy WŁASNY dach nad głową, taki, do którego przychodzą rachunki za prąd na moje nazwisko. Przeżyłam trzynaście przeprowadzek i bardzo chciałam osiąść gdzieś na stałe, spełnić kolejne marzenie – tym razem o drewnianym domu. Zrobiłam to. Wcześniej, gdy dom powstawał, ukazała się moja debiutancka powieść. Teraz już wiem, że marzenia spełniają się czasem…. tabunami. W mojej wsi nie ma sklepu i kończy się asfalt. Ja mieszkam na dodatek na kolonii. Więc nie ma u mnie tłumów, za to jest cisza jak makiem zasiał.

Cykl książek  z serii PROWINCJA, cieszy się dużą popularnością. „Prowincja pełna szeptów” to już szósta książka z tej serii. To nie są zwykle powieści. Można by powiedzieć, że spisuje Pani ludzkie OPOWIEŚCI…. Jak Pani sądzi, dlaczego czytelnicy tak chętnie sięgają po te książki?

Może dlatego, że opisuję prawdziwe historie i czytelnik nie czuje się oszukany, albo co najmniej „ożartowany”? Może dlatego, że piszę te książki tak, jak sama bym chciała żeby były? Jakie sama lubię czytać? I że nie odżegnuję się od tego, że piszę dla kucharek lub gospodyń domowych, bo sama przecież taką gospodynio–kucharką jestem, wtedy kiedy z wędrownej pisarki, po wielu podróżach, osiadam w domu i kontempluję domowość? Nie chcę udawać kogoś, kim nie jestem, moje książki są również prawdziwe. Nie jestem nadmiernie duszą towarzystwa, a swój wolny czas spędzam jak lubię: joga – bieganie – gotowanie. Mój specyficzny triatlon jest mi najbliższy i nie udaję, że lubię brylować na bankietach i przyjęciach. Bo tak nie jest. Lubię brylować w moim świecie. Lubię być w ogrodzie. Lubię swoje proste życie, które wybrałam i o którym marzyłam. I wciąż lubię czytać. Jak kiedyś…

Mam wrażenie, że jest Pani chyba bardzo otwartą i kontaktową osobą. Prowadzi Pani blog PROWINCJA PEŁNA MARZEŃ, bierze często udział w spotkaniach z czytelnikami. Nawet w książkach oddaje im Pani głos. Na stronach powieści można znaleźć prawdziwe listy do Pani, jako autorki. Skąd ten pomysł?

Pomysł stąd, że przychodzą czasem piękne listy a ja nie mogę ich ocalić, bo nie mam drukarki a teraz piszemy sobie maile i sztuka epistolografii stała się iście cyfrowa. Więc co można, ocalam, zwłaszcza te najpiękniejsze i ważne dla regionu historie. Oczywiście zawsze zwracam się o pozwolenie na publikacje. Czy jestem otwarta? Chyba tak, bo nie lubiłabym spotkać się z czytelnikami! Ta energia między nami musi jednak krążyć, więc i czytelnicy są otwarci i opowiadają mi swoje historie albo po prostu witają się i są ze mną. Spotkania z czytelnikami to sól mojego zawodu. Nie wyobrażam sobie bycia pisarzem i nie spotykania się z tymi, którzy czytają moje książki. To tak jakbym ugotowała wystawny obiad i nawet go nie spróbowała. W obu przypadkach jest element niedokończenia.
Prowadzę bloga i cieszę się, że jest czytany. Łatwo go znaleźć wystarczy wpisać moje nazwisko i słowo „blog”. I już się jest na mojej stronie Prowincji pełnej marzeń.

Wracając do spotkań z czytelnikami. Pamięta Pani najbardziej nietypowe pytanie? Czy czytelników interesuje co jest prawdą a co fikcją w Pani książkach? Szukają np. „Pensjonatu pod Magnolią” w Biskupcach? Pytają jak budowa Baby Jogi? :-)

Tak! Wiem na pewno, ze myślą, że zbudowałam pensjonat. Tu jednak rozczaruję – nie mam go i się nie zanosi bym miała. To był taki pomysł na urozmaicenie losów bohaterki, trochę inspirowany znajomością z Kasią Puszczyńską z Gościńca Szuwary w Krutyni, ale nie tylko. Ostatnio na chodniku spotkała mnie moja znajoma z Mrągowa, która czyta moje książki. Zapytała, czy u mnie wszystko dobrze, a ja, że tak. Bo czytam twoją książkę i jest taka smutna. Roześmiałam się na to i powiedziałam, że wszystko dobrze, a w książce musi być i smutek i radość, bo ta sinusoida ma sens. No i że wydarzenia w Prowincji są fikcyjne. Tylko niektóre historie prawdziwe.

„Prowincja pełna szeptów” opowiada o bólu po stracie ukochanej osoby, ale również o tym jak ważna jest przyjaźń, i o tym, że do pewnych decyzji trzeba dojrzeć. To początkowo smutna lektura ale płynie z niej wiele pozytywnej energii…

I nauka, że wiele można jeszcze przeżyć, choć wydaje się, że życie się skończyło. Każdy przeżył kiedyś stratę bliskiej osoby, więc nie muszę chyba mówić, jak to bardzo boli.

„Świat smakuje najpiękniej, gdy najprościej…” , „Lubię, gdy życie urządzone jest prosto, bez niepotrzebnego zadęcia i przepychu, bo tylko prostotę się naprawdę docenia….” . To Pani słowa… Czy tak żyje się Pani na prowincji, z dala od miasta?

Tak. Nie mam zmywarki i plazmy na ścianie. Nie zbieram nowoczesnych gadżetów. Lubię, gdy otaczają mnie książki. Nie oglądam telewizji. Bojkotuję ją już dawno jako źródło strachu, niepotrzebnych emocji i informacji. Wolę żyć w swoim świecie. Nie biorę więc udziału w politycznych dyskusjach, bo nie miałabym niczego do powiedzenia. Nie startuję w wyborach samorządowych, bo polityka nawet na lokalnym szczeblu wydaje mi się sztucznym tworem. O ileż prawdziwsze są łąki, pola, ogród, ptaki, książka, zapachy, smaki i to zwyczajne życie, jakie wybrałam.

DOMOWANIE, to wg słownika Katarzyny Enerlich rozsmakowanie się w życiu i dobrym jedzeniu. Czytając PROWINCJĘ można się rzeczywiście rozsmakować. Sporo tu przepisów na smaczne, zdrowe i przede wszystkim proste potrawy. Wiem, że Czytelnicy domagają się zebrania w jednym miejscu tych przepisów. Ma Pani dla nich dobrą wiadomość?

Tak. Moje wydawnictwo ma plany, by wydać moje przepisy i nie tylko, w jakimś jednym tomie. No to zobaczymy :-)

Lubi Pani żyć zdrowo, pokonywać granice. Proszę powiedzieć czytelnikom jak uczciła Pani 20-te urodziny syna.

Marzeniem był mój pierwszy półmaraton. Przebiegłam więc 22 kilometry na 20 urodziny mego syna. To z tego czułam dumę, a nie z kolejnych w tym roku wakacji na Majorce albo nowej plazmy. Zrobiłam coś sama, pokonałam swoją granicę. Zobaczyłam, że jest to możliwe i jest w tym piękna forma wolności. Może kiedyś będzie mi dane spróbować maratonu?

Kolejna książka „PROWINCJA PEŁNA SNÓW” już powstaje. Czytelnicy pewnie się cieszą, bo przecież chcą się dowiedzieć kim jest tajemnicza Wiera i jak potoczą się dalsze losy Ludmiły. Kiedy zatem możemy się spodziewać odpowiedzi na te pytania?

Jesienią. Książkę już skończyłam i jest już w wydawnictwie…

 Jakie książki czyta w wolnych chwilach Katarzyna Enerlich? Co Panią ostatnio zachwyciło?

Teraz odkrywam i studiuję znów Wiesława Myśliwskiego. Ale i „Włoskie buty” Henkella nie minęły bez śladu. O Stachurze w tak zwanej dżinsowej kolekcji nie wspomnę. Wróciłam do niego po wielu latach, zauważając, że dziś brzmi już zupełnie inaczej, niż wtedy, w liceum. Inaczej go rozumiem. Wszystko, co o Poświatowskiej mnie wzrusza, więc i najnowsze „Uparte serce” Kamili Błażejowskiej również. Wiersze Ewy Lipskiej, Julii Hartwig i Marcina Świetlickiego – pochłaniają, jak również haiku Ryszarda Krynickiego. Poza tym książka o kosmicznym ogrodnictwie „Astrologia na działce i w ogrodzie” Louise Riotte – książka stara, zdobyta gdzieś na wyprzedaży, jak również eseje Eugeniusza Paukszty o Warmii i Mazurach, z podobnej wyprzedaży. „Pyszne chwasty” inspirują do jedzenia tego, co na łące, a książki o kuchni Pięciu Przemian Ewy Dobek i Moniki Biblis oraz listy i strona Anny Krasuckiej o takim właśnie gotowaniu, inspirują codziennie.

Czym są dla Pani książki? Kolekcjonuje je Pani, czy też po przeczytaniu przekazuje dalej?

Niektóre zostają. Ale przeważnie fruną w świat i to dosłownie, bo ostatnio wysłałam karton książek do mojej przesympatycznej Czytelniczki Kasi Rybki do Syndey. Nigdy wcześniej nie wysyłałam książek tak daleko. To już był drugi transport. Część książek oddaje po prostu bibliotece w Mrągowie, by sobie żyły dalszym życiem. A czasem organizuję przyjacielską wymianę i mam całkiem nowe książki w zamian za przeczytane. Książki to dla mnie żywy organizm, jak koty… Szukam im dobrego domu.

 BIBLIOTEKI… Za co lubi Pani te miejsca? Co jeszcze powinno się w nich zmienić?

Niech odda to mój sierpniowy wpis na moim blogu…

To niewłaściwe, że biblioteki są czasem w takich smutnych miejscach, jakby ktoś o nich zapomniał, albo nikt ich nie chciał. Przecież są świątyniami ludzkich przemian, nie mniej niż jasne kościoły i strzeliste katedry. Wszak na każdej półce czeka na nas inny bóg, który pozwala nam przeżyć jeszcze jedno życie, jakże inne od naszego. Przecież ów bóg, niemy duch książki sprawia, że nagle zmieniamy swoje decyzje, pięknieją nasze uczucia, godzimy się łatwiej z wyrokami losu, a po wzruszającej lekturze jesteśmy oczyszczeni i spokojni i wstajemy z kolan sprzed tego papierowego konfesjonału silni na tyle, by zrealizować marzenie, rzucić w kąt niczym kaleka kule wszystkie złe przyzwyczajenia, zacząć nowe życie bez zbędnego balastu, bez smutnego związku, cieszyć się codziennością. Zatem skoro biblioteki są niemymi świadkami takich przemian, skoro dzięki nim duchowość miasta miasteczka lub wsi staje się barwna i piękna, a ludzie stają się lepsi i życzliwsi, skoro książki rozjaśniają życiowe ścieżki, to przecież powinny być wyraźne i reprezentacyjne, powinny przyciągać ludzkie spojrzenia i mówić: chodźcie tutaj, tu zmienicie swoje życie. Tymczasem te ponadwyznaniowe świątynie, zmieniające niemal każdego, kto tu zachodzi, tkwią czasami przy drogach i ulicach szare, odrapane, zapomniane, lekko schowane za krzakami bzu lub derenia, by nie było widać z drogi odrapanego tynku bądź rozpadających się schodów. Bywają, owszem, miejsca piękne, nowoczesne, godne swojej misji i wtedy cieszymy się z tego, że tu tak ładnie i pachnie książkami i przyjemnie się tu zachodzi, jak do jasnej świątyni pachnącej kadzidłem. Do świątyń lubiłam zachodzić dla tego właśnie zapachu. Biblioteki powinny więc pachnieć tylko książkami, a nie wilgocią, kurzem, gołąbkami z restauracji za ścianą albo impregnatem do drewnianych schodów. Biblioteki powinny być święte. Jak nasze dusze. Bo w książkach tkwią klucze do tych dusz.

I na koniec –  Czy była Pani kiedyś w Szczecinie?

NIGDY! W województwie tak, ale nie samym Szczecinie.

Mam zatem ogromną nadzieję, że zawita Pani kiedyś do naszego miasta by spotkać się z czytelnikami.

Ja również. To biały punkt na mapie moich podróży :-)

Musimy to zmienić! Dziękuję za rozmowę.

Z Katarzyną Enerlich rozmawiała Monika Wilczyńska

Katarzyna Enerlich – Bez reszty zakochana w Mazurach i rodzinnym Mrągowie, w swoich książkach pokazuje cichy świat prowincji, który może być naprawdę dobrym miejscem do życia lub po prostu… kochania bez posiadania. Prowincjonalna kobieta pracująca – dziennikarka, poetka, pracowała również w domu kultury, punkcie informacji turystycznej, urzędzie miasta, była opiekunką osób starszych, wystawiała swoje obrazy w toruńskim antykwariacie, chodziła na warsztaty z akwaforty, kurs informatyczny oraz kosmetyczny. Wiary w to, że w marzeniach Wszechświat potajemnie sprzyja, uczy się od Paula Coelho. Widzenia magii w małych miasteczkach – od Bruno Schulza i Marca Chagalla. Pewności, że warto przenikać w głąb dni – od Rainera Marii Rilkego. Zbudowała dom, teraz pisze książki, wiodąc wiejskie życie „na dwa psy i kota”…/źródło: Wyd. MG/

blog autorki – PROWINCJA PEŁNA MARZEŃ

prowincja pełna szeptówKatarzyna Enerlich

Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>