Wkrótce….

Wkrótce….

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Litość i trwoga

Długo zbierałam się z tą recenzją, gdyż… brakowało mi słów. I dalej brakuje – najchętniej napisałabym po prostu: PETARDA i na tym skończyła. Dodam jednak: koniecznie przeczytajcie. Majstersztyk. Duchowa uczta. Rewelacja. Doskonała literatura. Fenomenalna. Mam pisać dalej? Hmm, powinnam to wszystko teraz uzasadnić, powiecie. A proszę bardzo. I tak napiszę w samych superlatywach, więc nie musicie czytać tekstu poniżej, tylko od razu samą książkę.

Fenomen „Katharsis” Siembiedy objawia się w wielu aspektach. Jednym z nich jest rozmach, z jakim autor opowiada historię, dziejącą się na przestrzeni kilkudziesięciu lat i splatającą kilka, pozornie niemających ze sobą nic wspólnego, wątków. Epicka saga, w której czytelnik zanurza się bezwiednie, niepostrzeżenie dając się wciągnąć w wir wydarzeń wojennej zawieruchy czy też przemian politycznych lat 90., pełna jest szczegółowych opisów i odniesień do rzeczywistych wydarzeń. Historia staje się więc pretekstem do przedstawienia losów kilku polsko-greckich bohaterów i bohaterek, w różnych miejscach akcji, od kopalni uranu w Kletnie przez Wolin, Dziwnów, Gdynię, po Saloniki, Belgrad czy nawet Kair. A wszystko spaja zagadka, której rozwiązanie będzie tak szokujące, że nikt (ja na pewno nie) nie spodziewałby się takiego zakończenia. Aż ma się ochotę przeczytać jeszcze raz, by znaleźć te momenty, które się przeoczyło. Pierwsze chapeau bas.

Doskonałość literatury. Na czym polega? Na braku wad? Tak byłoby najprościej. I tak chyba mogę powiedzieć o „Katharsis”. Lata temu zauważyłam, że ta „doskonałość” tekstu kultury praktycznie musi opierać się na antycznej kategorii związanej z dramatem greckim, kiedy współczujemy bohaterowi i myślimy, że jego los może przytrafić się każdemu. Kiedy możemy zidentyfikować się z postacią. Kiedy każdy wybór wydaje się zły. A na koniec – poczuć, że odreagowaliśmy tłumione emocje i z ulgą zacząć nowy dzień. Tak działa katharsis i bez litości oraz trwogi nie będzie żadne dzieło doskonałym. „Katharsis” Siembiedy działa. Drugie chapeau bas.

Rewelacyjnie też tworzy Autor bohaterów. Bo to nie jest takie proste, żeby na podstawie przeczytanych słów zbudować sobie w głowie wizję człowieka. A tutaj każda postać (Kostas, Janis, Gutman, Sacharyna i inni) jest tak wykreowana, że dosłownie animujemy ją w wyobraźni z każdym jej gestem, zmarszczeniem brwi czy ruchem warg. Bohaterowie ożywają na czas trwania akcji, są z nami obecni do ostatniej strony lub ostatniego ich słowa. Oczywiście, zdajemy sobie sprawę, że to iluzja, ale przecież taka piękna… Tej iluzji dajemy się pochłonąć. Ucztujemy duchem. I to jest właśnie rewelacja. Trzecie chapeau bas.

Majstersztykiem okazała się powieść przy samym jej końcu, co też dosłownie odjęło mi mowę. Zamknęłam książkę i w kółko myślałam o jednym – to niemożliwe! Niemożliwe, żeby komuś się udało tak skonstruować fabułę, tak przemyśleć każdy szczegół, tak poplątać i połączyć, a do tego sprawić, żebym poczuła rozpacz. I ból. Fizyczny niemalże. Czytam sobie spokojnie i nagle… Bum! Świat mi się rozpadł. Petarda. I za to czwarte chapeau bas.

Koniecznie więc sięgnijcie po tę sensacyjno-obyczajową powieść z katharsis w tytule. I po przeczytaniu. I jak nie przepadałam za political fiction, tak teraz zostanę wierną fanką tego gatunku. Autora również. Całkowicie oddaną bez reszty. Tym bardziej, że w obliczu wojny, toczącej się bezustannie w Ukrainie, ta powieść nabrała wymiaru ponadczasowego i pokazała, jak bardzo ludzkie losy są uwikłane w historię. Daleką i bliską. Chapeau bas, Panie Macieju, chapeau bas!

Mirka Chojnacka

Maciej Siembieda „Katharsis”, Wydawnictwo Agora, 2022

Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>