Wkrótce….

Wkrótce….

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

“…moja praca cały czas dostarcza inspiracji” rozmowa z Leszkiem Hermanem

Leszek Herman mPowieść „Sedinum” sam autor podczas jednego ze spotkań określił jako „powieść awanturniczą”, której bliżej do książek Joanny Chmielewskiej niż Dana Browna. Jedno jest pewne, jej treść z pewnością zainteresuje miłośników naszego miasta i ciekawych, często niewyjaśnionych historii. W każdej legendzie jest ziarno prawdy, dlatego lektura rozpala ciekawość i sprawia, że zaczynamy patrzeć na Szczecin zupełnie z innej perspektywy. „Dlaczego nie miałoby wydarzyć się tutaj nic ekscytującego? To nie Szczecin jest byle jaki, tylko my, jego aktualni mieszkańcy!”- mówi na kartach powieści główny bohater.

Podobno na początku był pomysł na portal, a potem na książkę?

Na początku miał być portal o różnych niewyjaśnionych szczecińskich wydarzeniach, legendach, mało znanych dziejach znanych gmachów, tajemnicach przeszłości i różnych nieopowiedzianych historiach, z którymi, jako architekt, spotykam się na co dzień. Moja znajoma prowadzi stronę „KochamSzczecin” i to w rozmowach z nią właśnie narodził się ten pomysł. Później zaczął on jakoś ewoluować w stronę bardziej beletrystyczną, ale w dalszym ciągu jego fundamentem miało być nasze miasto i jego mało znane oblicze. Etapem przejściowym miał być blog, ale koniec końców powstała książka.
Z różnych historii, pozornie mających ze sobą mało wspólnego wydarzeń i faktów trzeba było ulepić jakąś jedną opowieść i to tak, żeby miała sens i żeby logicznie te wszystkie elementy łączyła. Generalnie wszystkie tego typu historie powstają na zasadzie dopisywania domniemanych wydarzeń pomiędzy fakty historycznie potwierdzone. No i tak właśnie miało być, żeby na koniec książki można było pomyśleć, że właściwie tak być mogło. Chociaż nie musiało.

sedinumJak długo tworzy się prawie 800 – stronicową powieść? Czy to była ciężka praca, czy raczej zabawa, której rezultat przeszedł Pana oczekiwania?

Na początku to była odskocznia od codziennych zajęć. Wymyślanie różnych fabularnych „wistów”, obmyślanie włamań czy technicznych szczegółów było fajną zabawą. Moje techniczne wykształcenie powodowało, że każdy plan, jakieś detale musiały być dokładnie przemyślane. Jest na przykład w powieści taki moment, gdy bohaterowie, trafiają do podziemi, gdzie są ruchome, zamykające się ściany. Spędziłem z moim bratem, też budowlańcem, kilka godzin na obmyśleniu sposobu w jaki taka ściana miałaby pracować. I w dodatku, mimo wielu lat, wciąż działać. W efekcie powstał rysunek techniczny i wizualizacja takich kamiennych wrót, opartych na sworzniu w postaci stożka, na którym po uniesieniu się do góry, wrota pod wpływem własnego ciężaru same by się zamykały :-). Mimo, że nie opisałem w książce dokładnie mechanizmu działania tych wrót to jednak wolałem mieć takie szczegóły dokładnie opracowane, żeby nikt nie mógł mi zarzucić, że to niemożliwe. Podobnie było z wszystkimi szyframi. Wszystkie można sprawdzić. Dodatkowo, nie mając precyzyjnego warsztatu literackiego, mając za to, latami trenowaną wyobraźnie przestrzenną, każdą scenę najpierw starałem się zobaczyć przed oczami, a potem dopiero opisać. Być może dzięki temu właśnie – z tego co słyszę – powieść, przez budowę poszczególnych scen i rozdziałów, kojarzy się „filmowo”.

Debiut autorski, i to w dużym wydawnictwie. Jak się to Panu udało?

Kończąc pisać właściwie dopiero zacząłem się zastanawiać nad tym – a co z wydaniem? Wtedy dopiero zacząłem czytać różne fora internetowe i strony prywatne pisarzy, z których szybko wynikło jedno – debiutant ma praktycznie zerowe szanse na wydanie książki. Przeczytałem o różnych innych formach, a więc wydania za własne pieniądze w jakimś wydawnictwie tego typu lub skorzystanie z jakiegoś finansowania społecznościowego, ale szybko położyłem na tym kreskę. Stwierdziłem, że w takiej sytuacji to chyba jednak wolałbym wrócić do pomysłu bloga.
Wysłałem jednak tekst do kilku wydawnictw i ku mojemu wielkiemu zdumieniu odezwała się do mnie MUZA z wiadomością, że są zainteresowani, a zaraz potem, że decydują się wydać. Jestem jednak daleki od samouwielbienia, gdyż poprawny tekst, książka, która nadaje się do publikacji to jeden z elementów tylko. Tekst zawsze może trafić na biurko recenzenta, który będzie miał zły dzień lub nie będzie gustował w określonym gatunku. Wydaje mi się, że łut szczęścia w dalszym ciągu jest jednym z ważniejszych czynników dla każdego debiutanta.

Igor, główny bohater, tak jak Pan jest architektem. Czy to alter ego autora?

Igor jest facetem, z którym pewnie bym się łatwo dogadał i byśmy się pewnie lubili. Wyposażyłem go w swoją wiedzę, ale to wszystko. Różnimy się między sobą, podejmowalibyśmy pewnie zupełne inne decyzje. Poza tym Igor miał być trochę takim tutejszym symbolicznym bohaterem, pomorskim. Dostał więc nazwisko po jednej z najstarszych pomorskich rodzin, a dodatkowo jego imię miało się kojarzyć – na zasadzie gry słów – z pewnym szpiegiem i autorem, który został „ojcem” James’a Bonda :-)

Templariusze, Masoni… W swojej powieści funduje Pan czytelnikom wspaniałą lekcję historii okraszoną wieloma ciekawostkami z dziejów naszego miasta i okolic. Sprawnie splata Pan teraźniejszość z wydarzeniami sprzed setek lat, zabiera czytelników aż do czasów średniowiecza, wykazując się ogromną wiedzą z historia sztuki i architektury Pomorza Zachodniego. Przypomina Pan m.in. o bardzo ważnej postaci – księciu Barnimie IX, jednym z najlepiej wykształconych i najznakomitszych książąt w dziejach Gryfitów.

Wiedzę na temat historii architektury, sztuki, na pewnym poziomie posiadam z racji zawodu. Niemniej specjalizując się w konserwacji zabytków wiedzę tę właściwie cały czas poszerzałem. Każdy temat związany na przykład z rekonstrukcją zabytkowego budynku oznacza konieczność odkrycia jego przeszłości, wydobycia na światło dzienne często prawie zupełnie zniszczonych drobiazgów, które o tym budynku wiele mówią. Za każdym razem sięga się do opracowań historycznych, czyta nazwiska dawnych właścicieli, którzy przewinęli się przez progi takiego gmachu, poznaje dawne historie, dramaty, fragmenty czyjegoś życia. I właśnie takie fragmenty, okruchy budują czasem fantastyczną fabułę. Okazuje się, że za suchymi danymi o jakimś tam księciu stoi fenomenalna historia godna co najmniej serialu na HBO. Barnim IX był niesamowitą postacią. Żył w apogeum renesansu, od dziecko malował, rzeźbił, konstruował różne mechanizmy. Jego ojciec – słynny Bogusław X – musiał siłą wyciągać go z jego komnat i odrywać od zajęć godnych Leonarda da Vinci. A w dorosłym życiu był jednym z najświetniejszych pomorskich władców. Historię takiego człowieka można opisać jako przerażającą nudę, ilustrowaną grafikami z epoki i listą dokonań oraz faktami z życia. Tymczasem za takim portretem kryje się ktoś kto zlecił namalowanie jednego z najbardziej tajemniczych, bez żadnej przesady, obrazów w Europie jednemu z równie tajemniczych ówczesnych artystów Gabrielowi Glockendonowi.

Fabuła zaciekawia i intryguje. Zabawa w poszukiwanie skarbów i tajemnic sprzed wielu lat robi się coraz bardziej niebezpieczna dla trójki bohaterów. Akcja książki jak dobry film sensacyjny, wciąga od pierwszych stron. Pościgi, włamania, po drodze dwa trupy… To dobry scenariusz na film!

Jak już wspomniałem, mój sposób pisania, siłą rzeczy pewnie wywołuje pewne skojarzenia z filmem. Rozdziały, podzielone na krótkie sceny, w których prawie zawsze starałem się opisać otoczenie i sytuację, z założenia miały zdynamizować akcję i pobudzać wyobraźnię czytelnika. Nie potrafiłbym bawić się słowami i skomplikowanymi konstrukcjami literackimi jak na przykład Michał Witkowski czy Szczepan Twardoch ponieważ nie mam ani warsztatu ani humanistycznego wykształcenia. Postawiłem więc na proste, bez udziwniania, opowiadanie historii. W trakcie pisania, oczywiście, wraz z przyjaciółmi bawiłem się w typowanie aktorów, którzy mogliby zagrać poszczególne role i zgodność osiągnęliśmy tylko w jednej postaci – byłej żony Igora, którą świetnie pewnie zagrałaby pani Żmuda Trzebiatowska :-).

Pomijając zupełnie, że to moja książka, fajnie byłoby zobaczyć Szczecin wreszcie w głównej roli. Co innego w Polsce wyglądałoby lepiej na ekranie niż Wały Chrobrego i bulwary w czasie Dni Morza? :-)

Ta ogromna dawka wiedzy, zaskoczy z pewnością wielu mieszkańców naszego miasta. Nie każdy słyszał o obrazie z tajemniczym przesłaniem, który wisi w kościele w Marianowie. Nie każdy zna inną wersję historii o Sydonii von Borck. Podobno to nie Ernest Ludwig skradł jej serce lecz jego ojciec, Filip Pierwszy?

Historia podobno pisana jest przez zwycięzców. Ja sądzę, że bardziej przez konformistów i hipokrytów :-) Trafiłem ostatnio na świetnie napisany esej na temat ślubu Jagiełły i polskiej księżniczki Jadwigi. Prawomyślna, oficjalna historia opowiada jak to półdziki i niemłody władca ostatniego w Europie pogańskiego kraju Litwy pojął za żonę cudownej urody polską młodziutką księżniczkę i jak dla dobra kraju owo prawie święte dziewczę musiało cierpieć z nieobytym, barbarzyńskim poganinem. Tymczasem zupełnie inny punkt widzenia pokazuje, że trzydziestokilkuletni Jagiełło, całkiem ponoć przystojny i jak przekazują podania, zdrowo się odżywający, pijacy źródlaną wodę i biorący codziennie kąpiel zobaczył na krakowskim dworze 12-letnią, zarozumiałą pannicę, która pod sukniami nosiła włosiennicę, żeby się umartwiać i z tego samego powodu myła się jedynie raz w roku. Ponoć związek został skonsumowany od razu z racji obyczajów, ale później małżonkowie się unikali, co oczywiście historia oficjalna wytłumaczyła tym, że takiej gehenny unikało biedne dziewczę. A jak było naprawdę? :-)

Podobnie z naszą Sydonią. Historia jej życia jest tak ciekawa, że nawet bez ubarwiania jej opowieścią o pięknym księciu Erneście, zerwanych zaręczynach i klątwie jest wystarczająca porywająca. A może nawet bardziej, jeśli okazałoby się, że to rzeczywiście romans z ojcem Ernesta, Filipem I spowodował jej kłopoty, a nie wielka miłość szesnastoletniej dwórki z 11 – letnim dzieciakiem :-)

Takie odkrywanie historii jest fascynujące, pozwala bowiem spojrzeć na marmurowe popiersia jak na żywych ludzi, mających swoje marzenia, obsesje, kłopoty.

Słyszałam, że Prezydent Szczecina po przeczytaniu pana książki podwoił ochronę przed swym gabinetem, a w okolicach Wałów Chrobrego zaobserwowano dziwnie zachowujących się mieszkańców..:-)

W książce jest sporo małych żartów i odniesień do realnych miejsc i osób. Ta warstwa powieści będzie „nieaktywna” dla czytelników z innych części Polski, ale szczecinianie chyba je wszystkie wytropią. To taki bonus dla uważnego czytelnika. Opisanie gabinetu prezydenta natomiast sprawiło mi frajdę. Otarłem się o projekty związane z renowację tego gmachu i miałem wgląd w dokumentację techniczną, a zdradzając rozplanowanie mebli, pomieszczeń, numeracji miałem wrażenie, że udostępniam pewną wiedzę niedostępną na co dzień dla każdego i że to będzie ciekawe. Mam nadzieję, ze nie ułatwiłem pracy włamywaczom :-).

W podziemiach Wałów Chrobrego byłem także osobiście podczas pracy przy „Chrobrym”, a że dostęp tam jest wyłącznie przez pomieszczenia techniczne w ogóle niedostępne, to wydawało mi się, że tym bardziej każdy szczecinianin zajrzy tam chętnie przynajmniej oczami wyobraźni.

Po lekturze „Sedinum” z pewnością wiele osób inaczej spojrzy na nasze miasto. Być może niektórzy wyruszą na wyprawę szlakiem powieści? Domyślam się, że trudno będzie wejść do szczecińskich podziemi ale Groby Raminów, Sowno, Marianowo, Krzyż Barnima… Te miejsca czekają na turystów…

Bardzo byłbym z tego rad. Zupełnie pomijając książkę, te miejsca są naprawdę fascynujące. Obraz Glockendona, który od pół wieku wisi w Marianowie jest wstrząsający. Powinien napędzać nam turystów, którzy po obejrzeniu kaplicy templariuszy w Londynie i zwiedzeniu kościoła w Rosslyn (a apropos „Kodu Leonarda da Vinci”) powinni od razu przyjechać na Pomorze :-). Groby Raminów, krzyż Barnima są 15 minut od centrum miasta (poza szczytem) :-)
Moja kuzynka po przeczytaniu książki, a mieszka w Goleniowie, zabrała rodzinę na wycieczkę statkiem po Odrze, żeby obejrzeć miejsce gdzie stał Oderburg.

Czy Pana zdaniem dzisiejszy Szczecin jest atrakcyjny dla turystów? Czy może konkurować z innymi miastami Europy?

Nie ma się co oszukiwać, że Szczecin można dziś porównać do Florencji czy Paryża i niestety za ten fakt odpowiedzialni są wyłącznie ci którzy podejmowali decyzje dotyczące jego zabudowy w okresie powojennym. Bloki z wielkiej płyty pomalowane obecnie na różowo i pomarańczowo szpecą samo centrum miasta. Przykładowo w tak ważnym kompozycyjnie punkcie jak zakończenie osi Złotego Szlaku od strony Starego Miasta czyli miejscu gdzie przed wojną stał tzw „Szary Zamek” czyli wielka narożna, secesyjna kamienica z wysoką wieżyczką, która widoczna była w perspektywie alei, postawiono betonowe bloczydło z wielkiej płyty. Ale mogło być też gorzej. Z zaplanowanej gargantuicznej, koszmarnej zabudowy całego podzamcza zrealizowano jedynie trzy wachlarzowe bloki. Na szczęście zabrakło kasy.

Szczecin jednak wciąż ma tzw. potencjał. Jako architekt bez trudu potrafię sobie wyobrazić jak nieziemsko wyglądałaby nowa zabudowa na Łasztowni, wciąż można odtworzyć zabudowę podzamcza i na szczęście nowe plany zagospodarowania przestrzennego to ujmują.

Jakie książki czyta Leszek Hermann? Na jakich się wychował?

Jako, że wspomniała pani książki awanturnicze to od nich należałoby zacząć. A właśnie takie dzisiaj prawie w ogóle nie powstają. Jako dziecko czytałem oczywiście jak każdy Nienackiego, przygody Tomka Alfreda Szklarskiego, sięgałem po Stevensona, Verne – książki, które pozwalały przenosić się w dowolny punkt na Ziemi, oferowały wielką przygodę. Dzisiaj większość biur podróży ma podobne oferty, w dodatku „last minute” więc może dla młodych czytelników to żadna atrakcja, ale fakt faktem, że książki przygodowe, awanturnicze po prostu zniknęły. Z dzieciństwa pamiętam też do dzisiaj Tapatiki Marty Tomaszewskiej, jedną z najbardziej fascynujących książek dla dzieci jakie powstały. Zaraz obok „Dzieci z Bullerbyn” i sagi o Muminkach.

Teraz czytam bardzo różne książki. Paradoksalnie nie przepadam za typowymi kryminałami. Opis śledztwa prowadzonego przez jakiegoś komisarza lub kogoś takiego nudzi mnie niemiłosiernie. Kryminały podobają mi się wówczas gdy łamią schemat, gdy pomiędzy dyżurne śledztwo potrafią wpleść jakieś inne treści, coś zaskakującego. Pozostając w tym temacie, lubię książki Miłoszewskiego. Jestem bardzo ciekaw co wymyśli po tym jak zapowiedział koniec z kryminałami. Poza tym czekam na każdą nową książkę Michała Witkowskiego, który potrafi mnie jak nikt rozbawić do łez.

Natomiast przy okazji – jako że zaplanowałem sobie, że będzie to moja misja – gorąco polecam książkę o wstrząsającym tytule „Conversio gentis Pomeranorum. Studium świadectwa o wydarzeniu” – wrocławskiego mediewisty Stanisława Rosika. Jest to praca naukowa, monografia o historii dwóch wojaży na Pomorze Ottona z Bambergu, opisana niezwykle szczegółowo, z bogatym opisem ówczesnych realiów, przytoczeniem wielu, zapomnianych legend Szczecina, Wolina, barwnych opowieści przetłumaczonych często po raz pierwszy z niemieckich i skandynawskich źródeł. Książka, pozornie koszmarna, akademicka cegła jest napisana prostym, przystępnym językiem i czyta się ją jak kryminał. Bardzo źle, że nie jest popularyzowana i mało znana w Szczecinie.

Wiem, że lubi Pan też jazdę na rowerze. Czy Szczecin to miasto przyjazne rowerzystom? Pana ulubione trasy?

Istotnie, bardzo lubię rower. Mieszkam na prawobrzeżu, więc tam głównie jeżdżę. Niestety ścieżki rowerowe kończą się tam dość prędko i potem pozostaje jazda drogami lub przez las, ale akurat tam jest bardzo przyjemne. Moja ulubiona trasa to droga przez las do Wielgowa lub nad Miedwie. Znacznie fajniejsze trasy są w Puszczy Wkrzańskiej, a zwłaszcza po niemieckiej stronie, tyle, że tam to wyprawa z samochodem, a rower z założenia ma być prostą formą aktywności – a więc wychodzę i jadę, bez dojeżdżania, przebierania się i tracenia czasu. Dojazd rowerem do centrum jest już teoretycznie możliwy, ale po drodze jest tyle odcinków przerwanych i niewygodnych, że to w dalszym ciągu jest kiepski kierunek.

 Ulubione miejsca w naszym mieście?

Po raz kolejny ktoś zadał mi to pytanie, dzięki czemu ostatnio się nad tym dłużej zastanawiałem. Doszedłem do wniosku, że najbardziej urokliwe i fascynujące dla mnie jest to miejsce u podnóża „zamczyska” rektoratu Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego, tuż obok książnicy. Niesamowite miejsce, w którym przetrwało geniusz loci starego Szczecina. Wąskie uliczki, z zachowanymi starymi kamieniczkami i wyrastająca nagle ogromna bryła zamku królewny Śnieżki, za którym w dodatku rozciąga się fantastyczny widok na Czerwony Ratusz, Odrę i plac, przy ulicy Dworcowej, na którym stała niegdyś Sedina :-).  Taki był chyba kiedyś cały Szczecin…

„Niewyjaśnionych wydarzeń, zapomnianych gmachów i nieopowiedzianych opowieści wciąż jest przecież bardzo wiele” pisze Pan na facebooku. Biorąc pod uwagę zakończenie książki, które pozostawia u wielu czytelników niedosyt, zapytam w ich imieniu: Czy będzie kolejna część „Sedinum” a może pracuje Pan już nad czymś zupełnie nowym?

Powstaje właśnie, powiedzmy, luźna kontynuacja, w której pojawią się bohaterowie „Sedinum”, ale nie będzie to ciąg dalszy w dosłownym tego słowa znaczeniu. Chciałbym kiedyś także napisać zbiór „opowiadań niesamowitych z dziedziny budowlanej” :-)
Od dawna chodzi mi to po głowie, a moja praca cały czas dostarcza inspiracji. Opowiadań niesamowitych w różnym znaczeniu. Na przykład podczas pracy przy renowacji jednego z pomorskich zamków, miejscowi mieszkańcy opowiedzieli mi historię jak sowieci zawlekli właściciela i jego żonę na wieżę zamczyska i strącili ich stamtąd na kamienny taras u jej podnóża. Rzecz w tym, że wcześniej wychodząc z dawnego gabinetu pana domu na ów taras – wiem jak to brzmi – poczułem, że coś jest nie tak z tym tarasem, jakaś zła energia :-)

Albo taka bardzo poruszająca wyobraźnie informacja podana kiedyś w mediach przez nadzór techniczny, że budowane na radzieckich licencjach wysokościowce z wielkiej płyty miały gwarancje na góra pięćdziesiąt lat (która właśnie się kończy) pod warunkiem jednakże, że używane do ich budowy zbrojenie płyt będzie wykonane ze stali nierdzewnej. :-) Kto w latach 60-tych w Polsce robił cokolwiek ze stali nierdzewnej?…

Dziękuję za wyczerpujące odpowiedzi. Czekam zatem na kolejne niesamowite opowieści Pana autorstwa i film ze Szczecinem w roli głównej!

Z Leszkiem Hermanem rozmawiała Monika Wilczyńska

zdjęcia: archiwum domowe Autora

2 komentarze “…moja praca cały czas dostarcza inspiracji” rozmowa z Leszkiem Hermanem

  • Dawid Bałuch

    Książka rewelacyjna.Tylko pogratulować

  • Dawid

    Choć nie mieszkam w Szczecinie to zachwyciła mnie Pana historia.Jedynie jest żal ,że trzeba czekać jakiś czas /mam nadzieje jak najkrótszy/ na Pana kolejną powieść.Życzę Panu weny twórczej do dalszego snucia tak ciekawych opowieści jak w “Sedinum”

Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>