12 października 2019 r.

12 października 2019 r.

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Najważniejsza książka Iwony Żytkowiak

Iwona ŻytkowiakJaka książka jest dla mnie najważniejsza? To pytanie, które nie ma szans, by zyskać odpowiedź jednoznaczną. Nie potrafię na nie odpowiedzieć. Z pewnością potrafię wskazać pisarzy, poetów, ale spośród ogromu książek, które przeczytałam wskazać tę najważniejszą – nie da się. Myślę sobie, że mogłabym wskazać te, które w jakiś sposób mną szarpnęły. Z wielu przyczyn. Fabuły, sposoby prowadzenia narracji, z powodu wywołanych emocji. Pamiętam jedną z takich książek była powieść „Malowany ptak” Kosińskiego. Czytałam jako powieść stricte autobiograficzną (bo tak mi została podana ). Ów autentyczny pierwiastek, a potem moje próby jego wyobrażenia, momenty identyfikowania się z bohaterem, uprawdopodobnienie się we mnie zdarzeń wyjętych z historii życia Kosińskiego – wstrząsnęły mną do głębi. A potem przeczytałam o próbach konfabulacji, o fikcyjności i poczułam się trochę oszukana. Bo rozedrgano moje struny, bo wyryto żłobienia w moim umyśle, bo wywołano we mnie owo uczucie empatii, syntonii do owego cygańskiego chłopca. A potem jakby ktoś zdjął mi chustkę z oczu, wyrwał ze świata i powiedział: to tylko zmyślenie, surrealistyczna historia, w której na równi będzie fakt i fałsz… Długo po tym nie czytałam Kosińskiego. Potem mi przeszło: przebrnęłam przez „Randkę w ciemno” i inne. Pewnego razu natknęłam się na Wiesława Myśliwskiego. Zaczęłam od „Kamienia na kamieniu”. Wchłonęłam. Z atencją i podziwem. Ale jeszcze nie na tyle, by potraktować Myśliwskiego jako mentora, ale na tyle, by czytać go. Po kolei. Co się trafiło. Od „Widnokręgu”, przez „Sad”, „Pałac”. Aż po „Traktat o łuskaniu fasoli„. I tu mnie uwiódł a b s o l u t n i e! Każde zdanie wydaje się być wycyzelowane. Słowa najtrafniejsze. Myśli – jakby moje. Tylko sama nie umiałam ich połączyć tak jak Myśliwski. By były tak na wskroś esencjonalne. A on umiał. A poza tym owa narracyjność, odpowiedzialność za swoich bohaterów, ukazywanie na pozór zwykłej codzienności, z jej nieprzewidywalnością, ale i bez epatowania jakimiś naciąganymi opisanymi zdarzeń, bazującymi na najprostszych emocjach. Jego dyskretne, nie nagabujące, ale wielokrotne pytania o sens życia, o tajemnice bytu – serwowane konsekwentnie, zmuszające do refleksji, poruszające – kazały mi myśleć o tym, że literatura ma sens. Że jest, winna być prawdziwa i poważna. I może dlatego też – mimo że nie mam zwyczaju wracać do książek, mając na uwadze fakt, że szkoda mi czasu na powroty, bo one odbierają mi szansę przeczytania kolejnej, jeszcze nie poznanej – to „Traktat o łuskaniu fasoli” traktuję jako lekturę wielokrotną. A poza wszystkim język! Przebarwny, przelogiczny, przeadekwatny, trzymający się reguł. Ale, gdybym miała tak uczciwie odpowiedzieć, to przecież nie mogłabym pominąć mojego Herberta. Zbigniewa Herberta. A szczególnie jego eseistyki (” Labirynt nad morzem”, „Barbarzyńcy w ogrodzie”, „Martwa natura z wędzidłem”) czy korespondencji (z Miłoszem, z Barańczakiem, Elzenbergiem). Bo u niego zawsze znajdę pole eksploracji dla moich „małych, skromnych” rozterek egzystencjalnych, które zdarza mi się miewać.

Jest też pewna książka, z którą wiążą się pewne wspomnienia. Książka, do której może nie wróciłabym, bowiem treść dość głęboko tkwi we mnie. I nie jest to jakieś traumatyczne przeżycie, a bardziej pewna związana z nią historia. Sama fabuła zasadza się na zbeletryzowanej biografii Feliksa Medelssona. Pierwszy raz zobaczyłam ją – jako licealistka- wśród innych na półce u rodziców mojej koleżanki. I oczywiście zaintrygował mnie tytuł „Miłość niejedno ma imię”. Rzuciłam się na nią jeszcze tego samego wieczora. I jakież było moje rozczarowanie, gdy okazało się, że oto nie mam przed sobą tkliwej opowieści miłosnej w style Siesickiej, czy Ożogowskiej, ale właśnie historię biograficzną, którą rozpoczynał epilog dotyczący Bacha. Niemniej książka mnie wciągnęła. Przeczytałam, oddałam. Po wielu latach, gdy moja świadomość muzyczna nieco się rozwinęła, postanowiłam wrócić do niej. Ale wówczas okazało się, że nigdzie, nikt takiej powieści nie zna. W bibliotece uniwersyteckiej, gdy spytałam się, czy jest powieść „Miłość niejedno ma imię” Pierre’a La Murre’a, pani zniesmaczona cokolwiek trywialnym brzmieniem i tytułu i nazwiska autora, podejrzewając, że pytam o jakieś miłośne czytadło, spojrzała spod okularów, wzruszyła ramionami i tyle. Był moment, że pomyślałam sobie, że nic tylko ta książka jest wytworem mojej wyobraźni. Do czasu, gdy znów po upływie kilkunastu lat, szukając prezentu dla przyjaciółki, natknęłam się na nią. Książka wydana przez warszawską Muzę, w serii Biblioteka Beletrystyk. Sztywna okładka, obwoluta. Idealna na prezent. I tylko jeden egzemplarz w księgarni. Kupiłam i całą drogę do domu rozpaczałam, że tyle lat poszukiwań i muszę oddać. Nie oddałam. Przeczytałam ponownie. Trudno było odpędzić rozczarowanie. Treść jak treść, ale język prosty, banalny, całość jakaś nieco infantylna. Ale mniejsza! Postawiłam na półce jak relikwie. A któregoś razu zaoferowałam młodej dziewczynie, która początkowała i w czytaniu i w muzyce. A potem książka poszła w inne ręce i … i znów mi zginęła. Ale teraz jest już dostępna w wielu księgarniach… Jednak ów fakt dostępności powoduje, że jeszcze jej sobie nie odkupiłam. Pewnie odkupię, choć jest i wyczytana, i wiem, że nie jest to literatura z tzw. najwyższej półki.

I jeszcze o Elizabeth Strout muszę napisać i Alice Munro, bo one pokazały mi, że można pisać o zwykłym życiu i nie są to opowieści o niczym. (Ostatnimi czasy rozczytuję się w swego rodzaju męskiej egzemplifikacji tych dwóch wyżej wymienionych w Karlu Ove Knausgårdzie – intelektualnym nudziarzu). I jakże nie ująć Axelsson, Tokarczuk, Cabre, Ciorana…. Nie! Zdecydowanie – nie umiem wskazać tej najważniejszej książki. Niemniej wiem, że wiele z nich pozostaje we mnie. Jest konkretnym śladem. Z każdą jestem ciut mądrzejsza.

Iwona Małgorzata Żytkowiak – absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Szczecińskim, ukończyła Studia Filozoficzno – Etyczne na US oraz Podyplomowe Studia IBL PAN w Warszawie. Mieszka i pracuje w Barlinku. Matka czterech synów, babcia Heleny i Adama. Autorka powieści: „Tonia”, „Spotkania przy lustrze”, „Kobiety z sąsiedztwa”, „Tam, gdzie twój dom”, „Dokąd teraz?”, ” Żywot jętki” /zbiór wierszy/, „Świat Ruty”, „Matka swojej córki”, „Wszystkie moje zmartwychwstania”. Członkini ZLP. Publikuje w „Pegazie Lubuskim”. Prowadzi blog osobisty Zapiski czynione z doskoku.

zdjęcie: Monika Przybylska

Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>