Wkrótce….

Wkrótce….

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Najważniejsza książka Wojciecha Burgera

Bardzo nie lubię takich pytań, o najlepsze, najważniejsze, najciekawsze… A już w szczególności, gdy dotyczy to książek. Książka jest niezależnym światem od tego, w którym żyjemy, życiem zawartym pomiędzy okładkami, ze swoim prawem i poetyką, dlatego trudno te niezależne byty przyrównywać, a jeszcze ciężej wybrać ten jeden, który zrobił największe wrażenie.

Opowiem o kilku książkach, które przeczytałem raz, po które już nigdy więcej nie sięgnę – bo nie muszę, bo cały czas są we mnie, choć upłynęło od ich przeczytania wiele lat i wiele miesięcy. Pozostawiły we mnie podobny ślad, co ludzie, których spotykamy w życiu tysiące, ale w sercu zapamiętujemy tylko wyjątkowe jednostki – na całe życie.

Pierwszą wyjątkową książką był „Dywizjon 303” Arkadego Fiedlera. Przeczytałem ją w wieku 10, czy 11 lat i… zapragnąłem zostać pilotem. Ta miłość do lotnictwa pozostawała we mnie przez długie lata. Nawet starałem się dostać do szkoły lotniczej, ale odrzucano mnie ze względu na „szmery w sercu”. Pozostała po tej miłości rozległa wiedza o lotnictwie, zwłaszcza z okresu 1930 do 1950.

Na drugim miejscu, chronologicznie, plasuje się „Pan Tadeusz”, Adama Mickiewicza. Miałem dwa podejścia do tego dzieła; pierwsze w 7 klasie szkoły podstawowej, które skończyło się na 5-6 stronie Pierwszej Księgi – bo było nudne… – a drugie podejście trzy lata później, gdy leżąc w domu zwalony chorobą, pochłonąłem „Pana Tadeusza”, jak urzeczony. To była prawdziwa poezja, dosłownie i w przenośni.

Trzecią w kolejności pozycją jest „Mały Książę”, Antoine’a de Saint-Exupéry’ego. Ktoś powie, fikcja, bzdura, bo jak można mieszkać gdzieś w kosmosie na małej planetce i kochać się w jednej jedynej róży, jak tam rosła. Ale ja uwielbiam takie odloty wyobraźni, dla której nie ma ograniczenia, a jeśli jest, to wyłącznie w braku wyobraźni u czytelnika. Książka o miłości napisana dla dzieci… dorosłych.

Z numerem cztery jest „Mag”, Johna Fowlesa, książka, której nie da się opowiedzieć. Po prostu. Każdy znajduje w niej co innego i co innego każdego wciąga, aby poznać jej dalszy ciąg. A na końcu tej intelektualnej łamigłówki czytelnik pozostaje z głównym bohaterem, Nicholasem Urfe, sam z pytaniem – czy to wciąż gra, czy już rzeczywistość.

„Mag” miał dla mnie szczególne znaczenie, gdy pisałem moją „Gwiazda szczęścia, czyli ostatni romans XX wieku”. Przesłanie „Maga” stało się duchową pointą mojej książki, które tłumaczyło sens zdarzeń dziejących się na kartach „Gwiazdy…”. Gdybym miał wybierać pierwszą pośród równych sobie powieści, to chyba właśnie tę książkę wystawiłbym lekko do przodu.

Piątą, ostatnią z ważnych dla mnie pozycji, jest „Eine klenie” Artura Daniela Liskowackiego, naszego rodzimego, szczecińskiego pisarza. Ta maestria w skomponowaniu powieści jest niczym muzyka, do której odwołuje się autor w tytule. Opowieść o przeszłości miasta S., którego już nie ma, ale które wciąż żyje w wielu z nas, tych, dla których Szczecin jest nie tylko sypialnią i miejscem pracy, lecz także miejscem bez którego ciężko żyć. Liskowacki opowiedział o losie mieszkańców miasta S. podobnie do impresjonistów, którzy nakładali na płótno drobne plamki i dopiero z perspektywy można było podziwiać kunszt i lekkość obrazu. Dokładnie tak samo jest z „Eine klenie”, pisanej dygresyjnie, jakby osobnymi wątkami i dopiero dystans, po przeczytaniu całości, ukazuje jej niezwykłe piękno. Uważam, że powinna to być obowiązkowa lektura w szczecińskich liceach.

Wojciech Burger – z wykształcenia socjolog i elektronik. Urodził się i mieszka w Szczecinie. Autor „Szamanów życia” i niedawno wydanej powieści „W stronę słońca”.

Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>