12 października 2019 r.

12 października 2019 r.

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Najważniejsze książki Dariusza Bitnera

Dariusz BitnerWażne, ulubione czy takie, które odmieniły moje życie? Bez znaczenia – na tak postawione pytania odpowiedzi nie znam. Nie umiałem nigdy wybrać ulubionego koloru, ulubionej potrawy czy ulubionego kwiatu; zawsze miałem kłopot z odpowiedzeniem, jaką książkę zabrałbym na bezludną wyspę i do dziś nie potrafię sam sobie odpowiedzieć na pytanie o książkę, która miała wpływ na moje życie. Próbowałem się z tym uporać pisząc „Chcę, żądam, rozkazuję”, wydawało mi się wówczas, że wytropiłem ten najważniejszy dla mnie tytuł, czyli „Kajtuś Czarodziej” Janusza Korczaka (z Kajtusia to wziął się tytuł, zaklęcie czarodziejskie, w sumie pierwsza wersja odwołania się do opiekuńczej nieświadomości – bez wątpienia czary). W książce były ilustracje Gabriela Rechowicza, do dziś nierozerwalnie złączone z Kajtusiem. Ta książka zasugerowała mi, że mogę być czarodziejem.

Kajtus czarodziej 1960_05Konsekwencją tej wizji była mi książka Jacka Londona „Martin Eden”. Utożsamienie z tytułowym bohaterem było młodzieńczym rozwinięciem dziecięcej wizji władanie światem. Idąc tym tropem potrafiłbym wyszperać z mroków pamięci kolejne ważne dla mnie inspiracje (kilka lat później na przykład „Mistrz i Małgorzata” Michaiła Bułhakowa – banalność tej informacji nie wyklucza jej prawdziwości) albo olśnienia („Sklepy cynamonowe” Bruno Schulza), albo po prostu fascynacje („Proces” Franza Kafki czy „Opisanie świata” Marco Polo). Mnogość tytułów, autorów i stylistyk w gruncie rzeczy zaciemnia obraz i dewaluuje to, co już wymieniłem, bo przecież wszelka mnogość jest dewaluacją. Nikt nie zapyta o zawartość biblioteki, którą zabrałbym na wyspę, tylko o jeden tytuł. Miałbym zatem pominąć „Pieśni Maldorora” Comte de Lautreamonta, bo dziś, to co zachwycało, już nie zachwyca? „Jana Krzysztofa” Romaina Rollanda, którym się upajałem, a tymczasem po prostu nie było czym? Nie mówiąc już o „Fikcjach” Jorge Luisa Borgesa, bo o Borgesie już tyle razy mówiłem, o „Lochach Watykanu” André Gide’a, bo już ramota? A wszystko w jakimś sensie dotykało, modelowało, wpływało… i dziś nie wiem, co jest mniej, co bardziej ważne.

By jednak zadośćuczynić tak pięknie postawionemu mi przez portal szczecinczyta.pl zadaniu odwołam się do wspomnienia, które nieoczekiwanie zaczęło domagać się rangi, gdy rozważałem swą niekompletną (wciąż mam taką świadomość) listę książek.

Nie ujmując ważności żadnej z wymienionych i nie wymienionych, zapomnianych lub dziś zlekceważonych tytułów, wspomnę o najważniejszym – w tym sensie, że kluczowym tytule. Tytule pierwszym.

db kasper i smok„Kasper i Smok” Marii Kędziorzyny (obowiązkowo z ilustracjami Zofii Włodarczyk), wydany w roku 1957. Dostałem tę książkę od rodziców chyba na urodziny (albo na pocieszenie w chorobie, lub z jednej i drugiej okazji na raz), gdy miałem kilka lat. Do szkoły jeszcze nie chodziłem, czytałem namiętnie, ale tylko krótkie, rymowane wiersze dla dzieci. Sprawiały mi prawdziwą rozkosz, były jak magiczne formułki, a gruby tom z grubymi kartkami, zatytułowany „Uciekły mi bajki” Zofii Bronikowskiej (z ilustracjami Andrzeja Czeczota), był moją Biblią. Nie istniał dla mnie świat prozy, liczyły się tylko wierszyki. Aż tu nagle dostaję w prezencie coś kompletnie nierymowanego. Nadąsałem się potężnie, obraziłem i być może nawet rozpłakałem. Po kilku dniach, zrezygnowany i z pretensją do literatury całego świata (więc musiałem być chory i leżeć w łóżku, skoro poczułem się przymuszony, jak do zjedzenia niezbyt lubianej potrawy może zmusić głód) zacząłem ostrożnie czytać i wpadłem przez otwarte drzwi do innego świata. Uruchomiły się we mnie całkiem dotąd nieznane obszary wyobraźni, zachłystnąłem się narracją i światem nieskończonych możliwości. Od tamtej chwili zacząłem naprawdę czytać i to metodą szarańczy – zachłannie, wszystko co mi wpadło w ręce.

Pierwsze opowiadanie zaczynało się tak:

db 3_f„Sławny podróżnik i odkrywca, Kasper, leżał na zielonym pagórku. Rozmyślał i odpoczywał przed podróżą. Wprawdzie nie wiedział jeszcze, dokąd ma podróżować i co odkryć, ale właśnie zastanawiał się. Obok niego leżał jego wierny przyjaciel. Przyjaciel ten nazywał się Smok. Ostry pyszczek złożył na krzywych łapkach, cienki ogonek wyciągnął sztywno na trawie. Drzemał”. Oszalałem.

Kasper był chłopcem, a Smok jamnikiem. A poezja działa się w codzienności. Więc to chyba była moja najważniejsza książka. Od niej się wszystko zaczęło.

W pewnym opowiadaniu, które na własne potrzeby zatytułowałem „Początek” (bez tytułu pomieszczonym w książce „Książka”), pod koniec zamieszczam taki epizod, dotyczący mojego czytania. Fikcyjny. Ale prawdziwy.

„Brat powiedział w domu, że tylko co oznajmił pani bibliotekarce: przyprowadziłem pani nowego czytelnika – gdy ja poślizgnąłem się w tych filcach, majtnąłem fikołka, zatrzepotałem rękami i nim się spostrzegł, moje nogi poleciały do góry, a moja głowa prosto na podłogę, i rymnąłem potylicą o lśniące klepki ułożone w choinkę, i straciłem przytomność. No taki wstyd – zakończył brat. – Nigdzie z nim więcej nie pójdę.
Musiał potem siedzieć ze mną pół godziny na krześle ustawionym w kącie, bo pani bała się mnie zbyt szybko wypuścić i czekała, czy nie będę wymiotował. Obciach i strata czasu.
Brat machnął ręką i potem musiałem namówić siostrę, by jeszcze raz ze mną poszła, bo samemu nie mogłem się zapisać, nie wiem dlaczego.
A już chciałem.
Bo gdy tylko w tych fatalnych filcowych nakładkach na nogi zacząłem sunąć nieśmiało w stronę usytuowanego w głębi wielkiego pokoju biurka, za którym siedziała pani w okularach, zaczęło się dziać coś dziwnego.
Już pierwszy krok (suw po posadzce) sprawił, że poczułem się tak, jakbym wpadł do wody, jakbym wypadł przez burtę na statku ojca i zanurzył się w gęstej, chociaż zupełnie przeźroczystej wodzie. Zaparło mi dech, próbowałem iść, chociaż szedłem jak w niepokojącym śnie, kiedy to nogi nie chcą się poruszyć, mimo największego wysiłku. Czas chyba się zatrzymał.

Stałem w progu wielkiej komnaty, otaczały mnie mury książkowych grzbietów, książkami obłożone były ściany, książki stały na regałach ustawionych w milczących szeregach, tworzących w komnacie korytarze. Myślę dziś, że wpadłem w trans, rodzaj snu na jawie, rodzaj hipnozy. Te ściany książek ze wszystkich stron niezauważalnie, a jednocześnie na moich oczach, rosły, pięły się w górę jak zaczarowana fasola, coraz wyżej i wyżej, otaczały mnie jak dziwny mur, zbudowany z cegieł postawionych na sztorc, znajdowałem się wewnątrz niezwykłego zamczyska, a regały wzbijały się pod niebo sufitu jak strzeliste turnie. Wkraczałem w labirynt, gdzie na końcu, gdzieś na horyzoncie siedziała za biurkiem strażniczka biblioteczna, kapłanka, siedziała przy małym ołtarzyku i czekała, aż się zapiszę, aż dostąpię wtajemniczenia.

Z trudem zrobiłem suw do przodu i wtedy okrutne kleszcze ścisnęły moja głowę, znalazłem się na samym dnie bibliotecznego oceanu i przemknęło mi przez myśl, że ciśnienie zaraz mnie zmiażdży na krwawy placek. I stało się. Poczułem uderzenie łapy wuja, to jego charakterystyczne, trochę od dołu. Upadłbym, gdyby nie pojawiło się zaraz drugie, w czoło, i znów z tyłu, nogi się pode mną ugięły. Chciałem się odwrócić, bezwiednie szukając tajemniczą dłoń rozdającą razy, ale nic to nie dało. Ciosy posypały się nagle jak dzika szarańcza, jeden za drugim, ze wszystkich stron, i z góry, jakby młot, Okrutny grad. Kamienie. Lawina. Z każdej książki, ze wszystkich, które mnie otaczały, strzelał jeden pocisk, jedna gruda, śnieżna kula, niektóre ostre jak szpile, inne tępe, niektóre zimne, niektóre aż patrzyły – i wszystkie na raz, wszystkie zlały się w jeden okrutny cios.

Pomyślałem: dlaczego? Nic jeszcze nie przeczytałem… i zemdlałem.

Dziś wiem, że to był tajemny przekaz, zaproszenie, a może i nawet rozkaz, coś w rodzaju tego przymusu, który zastosował na samym początku wujek, może z pogardy wobec matoła, a może z litości. Tak jak tamto niespodziewane walnięcie, tak i ten zmasowany atak, znaczyły tylko jedno: czytaj”.

Dariusz Bitner – prozaik, krytyk literacki, autor utworów dla dzieci i młodzieży. Od 1958 roku mieszka w Szczecinie. W latach 70-tych współpracował z magazynem satyrycznym „60 minut na godzinę” (redakcja rozrywkowa programu III Polskiego Radia), gdzie publikował humorystyczne (groteska, horror) mikrosłuchowiska, później z tygodnikiem satyrycznym „Karuzela” i Rozgłośnią Polskiego Radia w Szczecinie. Jego teksty  ukazywały się w ogólnopolskich pismach literackich i społeczno-kulturalnych. Prozę i eseje drukował m.in. w „Twórczości”, „Miesięczniku Literackim”, „Literaturze”, „Nowym Wyrazie”, „Piśmie Literacko-Artystycznym”, „Odrze”, „Akcencie”, „Radarze”, „Studencie”, „Nowym Nurcie”, „Pograniczach”. Jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Wielokrotnie nagradzany (m.in. Nagroda Artystyczna Prezydenta Miasta Szczecina w 2000 r.). Obecnie pracuje w dziale promocji i marketingu w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Szczecinie.

Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>