Wkrótce….

Wkrótce….

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Nie czytasz? Nie idę z tobą…

Cóż, Wilkie Collins uwiódł mnie już dawno „Kobietą w bieli”, podsycił namiętność „Basilem”, a potem udowodnił, ile wart jest ten romans w „Bez wyjścia”. I jak na wiktoriańskie czasy przystało, ten płomienny związek powinien się był zakończyć małżeństwem – inaczej straciłabym cześć, a wstyd towarzyszyłby mi do końca moich dni – stałabym się kobietą upadłą. Sięgając po „Męża i żonę”, oczekiwałam… sama nie wiem w sumie, czego oczekiwałam. Cudownego zakończenia? Że „żyli długo i szczęśliwie”? Wilkie potrafi zwodzić i mamić (zapewne pod wpływem laudanum), wyprowadzać na manowce swoją czytelniczą ofiarę i to tylko po to, żeby mogła na końcu zakrzyknąć: „Wiedziałam od samego początku!”.
Ja też wiedziałam. Od pierwszych stron. Oj, stop, nie, gdyż niestety akcja rozkręca się ślamazarnie, lecz mniej więcej od jednej trzeciej, tak gdzieś w okolicach 176 strony – szok i niedowierzanie, bo wierzcie mi (lub nie), że co kawałek, jakieś 15-20 kartek, wkurzałam się i chciałam Collinsa porzucić, gdyż zawodził (i zwodził) mnie na wszystkich frontach. Fabuła się ciągnie jak guma arabska, bohaterki jakieś zbyt wrażliwe, mężczyźni wokół nich młodzi i głupi, melodramatyczna historia z zacięciem katastroficznym. I wtedy, całkiem niespodziewanie…

Pomysł w głowie Geoffreya Delamayna rodzi się w bólach, gdyż myślenie nie jest jego mocną stroną, woli uprawiać sport niż kształcić się na uczelniach, niejednokrotnie podkreśla, że czytanie nie idzie mu najlepiej i właściwie nie ma po co. I kiedy wpada na możliwość rozwiązania swojego „problemu”, rzuca się na oślep w ciąg intryg. Długo mu to idzie, pamiętajmy, że to czasy pisania listów i karteczek, a nie konwersacji w Internecie czy gdzie indziej, aż w końcu… no nie mogę powiedzieć, zepsułabym ten najprzyjemniejszy moment, kiedy to skóra cierpnie i włosy się jeżą na samą myśl, co ten drań może uczynić. A na okrasę autor dorzuca zawiłości szkockiego prawa, które stanowiło, że już samo podawanie się w hotelu za męża i żonę jest… zawarciem związku w oczach wiktoriańskiej Temidy.

Na szczęście, obie przyjaciółki – Anne i Blanche mają przy swoim boku znakomitego prawnika, który tak właściwie jest postacią wiodącą w tej historii, a przy tym mądrym, roztropnym i szlachetnym człowiekiem. Skupia w sobie cechy ideału, wyrasta ponad pozostałych bohaterów Collinsa z prostej przyczyny – ktoś musi. Ktoś musi pomóc tej zagrożonej utratą czci kobiecie (Anne), uwikłanej w niebezpieczną grę, ale dzielnej i odważnej, a przy tym bardzo zawiedzionej, gdyż Geoffrey Delamayn okazał się być tchórzem, kanalią i … chyba nienawidził kobiet, bo generalnie interesował się tylko ich stanem majątkowym lub zmysłową powierzchownością – uwodził i porzucał. Ale wiecie, karma wraca… ech, chyba za dużo powiedziałam.

Niemniej, rodzi się pytanie, co chciał przez tę historię powiedzieć autor? Co autor miał na myśli? Otóż, dlaczego tytuł nie brzmi: „Żona i mąż”? Przecież zawsze na pierwszym miejscu należy wymieniać kobietę, potem rodzaj męski. A tu nie. I ja wiem, dlaczego tak. Wiem, ale nie powiem. Prosicie ładnie? No dobrze. Bo partner jest najważniejszy. To partner prowadzi w tańcu. To on podaje kobiecie ramię i jest przy niej wśród wszystkich zawirowań losu. Opiekuje się nią, ratuje z opresji, słucha uważnie i wie, co ona czuje albo przynajmniej, jak może się czuć. Docenia jej dobroć i szlachetnie wybacza potknięcia. Po prostu ją kocha. I, jak się pewnie już zorientowaliście, ta książka jest, jak zawsze u Collinsa, o miłości.

O miłości, ale nie tylko. Powiem szczerze, że w pewnym momencie pogubiłam się w prawniczych wywodach i setkach listów, zmianach lokalizacji i czasie akcji. To przestaje być istotne w momencie wprowadzenia przez autora elementów tajemnicy i grozy, a nawet morderczych planów. Niebezpieczeństwo czai się tuż za rogiem albo raczej – tuż za ścianą wspólnego pokoju. Przemoc psychiczna w wykonaniu narcystycznego sadysty i notorycznego kłamcy, infantylnego osiłka może się udawać, ale do czasu. Anne mówi „nie” i zaczyna być czujna. Nie daje się zwieść Geoffreyowi i szuka ratunku. Gdzie? U jedynej osoby, której od początku zaufała. Kto to taki? Zachęcam do lektury. Aaa, jeszcze jedno. Kolejne, i chyba najważniejsze przesłanie Collinsa – dziewczęta wszystkich krajów, łączcie się! I zastanówcie się poważnie, czy facet, który nie czyta książek, jest wart tego, żeby z nim pójść do łóżka…

Mirka Chojnacka

Wilkie Collins „Mąż i żona”, Wydawnictwo Mg, 2020

Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>