SOBOTA – 9 września 2023

SOBOTA – 9 września 2023

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

„Nie pierwsza i nie ostatnia powieść” – rozmowa z Robertem Baciochą

W czerwcu na szczecińskim rynku literackim zadebiutował kolejny autor. Poniżej rozmowa z Robertem Baciochą, który właśnie w tym roku uznał, że jest gotowy na to, by opublikować swoją (wcale nie pierwszą!) powieść.

„Pielgrzym” jest historią amerykańskiego dziennikarza, wracającego po latach do Szczecina, w poszukiwaniu kobiety, Żydówki, którą poznał w 1945 roku, gdy przyjechał tu po wojnie z Warszawy. Muszę przyznać, że czytało mi się Twoją powieść wyśmienicie! Jest w niej wszystko co lubię: dobrze zarysowane tło historyczne, emocje bohaterów (romantyczny wątek!), trzymająca w napięciu akcja i miejsce, w którym rozgrywa się ta opowieść – Szczecin! Jeśli dobrze pamiętam, wcześniej myślałeś o wydaniu zupełnie innej książki? Dlaczego właśnie ta jest Twoją pierwszą? Dlaczego właśnie ta historia?

Masz rację, „Pielgrzym” nie jest pierwszą moją powieścią ani też ostatnią. Zdecydowałem się wysłać ją do wydawnictwa, ponieważ nabrałem pewności, że jestem już na to gotowy. Ulegam często przekonaniu, że każda powieść, którą stworzyłem wydaje się w jakiś sposób ułomna, niedokończona. Mam wrażenie, że wątki się nie kleją, że bohaterowie po kolejnej lekturze zamiast być postrzeganymi jako interesujący i niebanalni, zachowują się nieracjonalnie, w znaczeniu infantylnie albo nie wyróżniają się z tłumu. Tak też było z moją pierwszą powieścią, której publikację zaproponowało mi wydawnictwo typu vanity. Nie skorzystałem z ich oferty i nie żałuję.
„Pielgrzym” został sprawdzony przez dwoje beta czytelników, poddany redakcji i korekcie językowej. Zdałem sobie sprawę, że nadszedł moment, kiedy mogę zaciekawić czytelnika powieścią, której poświęciłem dużo czasu. Tak też się stało. Wydawnictwo Filia zgłosiło się do mnie niespełna dwa tygodnie po otrzymaniu pierwszej wersji.

Kiedy po raz pierwszy pomyślałeś: chciałbym wydać powieść?

Nigdy w ten sposób nie myślałem. Zwłaszcza, kiedy zacząłem pisać pierwszą powieść. Traktowałem ją z jednej strony jako misję, chęć utrwalenia rodzinnej historii z czasów wojny polsko-bolszewickiej, z drugiej jako test, a właściwie sposób na sprawdzenie się w dziedzinie, która była mi dotąd zupełnie obca. Pamiętam, że byłem wówczas po lekturze pierwszego tomu krakowskiej sagi autorstwa Mirosławy Karety, pomyślałem, a gdyby tak spróbować opowiedzieć bliską mojemu sercu historię? Usiadłem pewnego styczniowego dnia 2018 roku przed komputerem i przelałem na przysłowiowy papier pierwsze zdanie.
Tak się zaczęła moja przygoda z pisarstwem, które przerodziło się później w pasję. Nie wyobrażam sobie bez niej życia.

Czym jest dla ciebie pisanie?

Odprężeniem, zatrzymaniem się, odizolowaniem od pędu, jaki towarzyszy mi w pracy, przygodą, do której jestem zapraszany prawie codziennie, odskocznią od codzienności, zanurzeniem się w siebie, w świat, w którym jest jednocześnie przewodnikiem i obserwatorem. Myślę, że będzie też sposobem na życie i na zajęcie wolnego czasu, kiedy przestanę pracować.

Po kilku tygodniach od debiut, jak oceniasz cały proces wydawniczy? I jak czujesz się jako debiutujący Autor?

Chyba nie będę oryginalnym, jeżeli stwierdzę, że jestem całym tym zamieszaniem wokół własnej osoby i „Pielgrzyma” zaskoczony. Nie spodziewałem się tak wielu pozytywnych reakcji. Dobrze, że zdarzają się też mniej przychylne, przynajmniej nie oderwę się zbyt wysoko od ziemi. Kiedy otwieram najróżniejsze witryny, odnoszę wrażenie, i nie ma w tym ani krztyny kokieterii, że przenoszę się do innego świata, świata który był mi dotychczas obcy i o którym zbyt wiele nie wiedziałem. Niemniej najlepiej czuję się, kiedy siadam przy biurku i zastanawiam się, jak zachowa się mój bohater, co ma powiedzieć, czy zaprzeczyć, czy przyznać się do czynu, którego nie popełnił. Ta cisza przetykana dźwiękami uderzania w klawisze działa na mnie kojąco.

Jestem wdzięczny wydawnictwu „Filia” po pierwsze za fakt, że zaufała dojrzałemu debiutantowi, po drugie za zaangażowanie widoczne na każdym kroku w promocję mojej powieści i po trzecie za kompleksowe zajęcie się edycją „Pielgrzyma”. Trudno mi mówić o szczegółach procesu wydawniczego, ponieważ nie jestem do końca zorientowany. Nie narzekam. To moja pierwsza wydana powieść i czuję, że osoby z wydawnictwa, które miałem okazję poznać robią to dobrze. Ponadto znalazłem się w doborowym towarzystwie pisarzy, które Filia ma pod swoimi skrzydłami. Wymienię Marka Stelara, Przemka Kowalewskiego ze szczecińskiego podwórka i choćby samego Remigiusza Mroza. To również zobowiązuje.

Wiem, że na ten tekst poświęciłeś dwa lata. Miałeś wokół siebie ludzi, którzy wierzyli w Ciebie? Czy z pokorą znosiłeś uwagi pierwszych czytelników jeszcze przed wydaniem?

Kibicowali mi żona i syn. Tak naprawdę cierpliwie znosili moją nieobecność, setki godzin w literackim odosobnieniu. Bez stworzenia przestrzeni do pisania, a rozumiem pod tym pojęciem wolny czas, pokój, biurko, gdzie bez skrępowania mogę poddać się pasji, z pewnością nie byłbym w tym miejscu, do którego dotarłem.
Jeżeli chodzi o krytykę, to trzeba być na nią przygotowanym. Nie zawsze przychodziło mi to łatwo, ale w końcu nabrałem stuprocentowego przekonania, że chcąc być autorem, nie sposób zapomnieć o opiniach profesjonalistów w pisarskiej branży. Zwłaszcza jeżeli są konstruktywne. Jestem zdania, że trzeba nieustannie zabiegać o krytykę, stawać w jej ogniu, ponieważ nie sposób ocenić obiektywnie własnej twórczości. Fałszem jest twierdzić, że można stworzyć godny zauważenia utwór muzyczny czy literacki, namalować obraz, zrobić niebanalne zdjęcie, które nie będą skonfrontowane z emocjami odbiorcy.

Studia filologiczne pomagają w pisaniu?

Zdecydowanie tak. Truizmem jest mówienie o poszerzaniu intelektualnego i myślowego horyzontu, czy wiedzy w szerokim tego słowa znaczeniu. Studia filologiczne zasadzają się na dwóch fundamentach: na dokładnym poznaniu języka i twórczości, która w nim powstała. Dużo dały mi też kursy kreatywnego pisania. Jest kilka szkół, które je organizują. Powstały również kierunki pisarskie studiów, popularne zwłaszcza w krajach kultury anglosaskiej, gdzie czytelnictwo jest bardziej rozpowszechnione. Warto przytoczyć fakt, że kiedy pyta się obywateli zachodniej Europy, jaki jest ich wymarzony zawód, w większości odpowiadają, że chcieliby zostać pisarzami. W Polsce, proszę zgadnąć,… deweloperem.

Bardzo często słyszę od czytelników jak narzekają, że w książkach o naszym mieście za mało jest ulic, miejsc i budynków, które znają lub chcieliby zobaczyć oczami bohaterów z dawnych lat. Myślę, że po lekturze „Pielgrzyma” nikt nie będzie zawiedziony. W Twojej powieści miasto z roku 1945 i 1979 jest bardzo ważnym bohaterem.
Skąd czerpałeś wiedzę o Szczecinie z tamtych lat? Nazwy ulic, topografia miasta, stare lokale… Jesteś miłośnikiem starego Szczecina, czy po prostu dobrze odrobiłeś to zadanie jakim było napisanie tej powieści?

Jestem miłośnikiem historii jako takiej. Zanim poświęciłem się pisaniu, chłonąłem każdą książkę, która była w kręgu moich zainteresowań. Gdybym nie skończył filologii polskiej, z pewnością studiowałbym historię. Moje umiłowanie przeszłości zrodziło się za sprawą innego miasta. Na najwyższym stopniu podium umiejscowiłbym Kraków, z bardzo prostego powodu – moja rodzina pochodzi z Małopolski i co najmniej raz w roku gościłem pod Wawelem. Na drugim Szczecin, a na trzecim Warszawę. Tak się składa, że pierwsze trzy powieści poświęciłem każdemu miastu z osobna. Mogę uchylić rąbka tajemnicy, że akcja kolejnej toczy się w Warszawie i Szczecinie.
Kiedyś wiedzę o historii regionu czy miejscowości czerpaliśmy głównie z książek i czasopism. Obecnie mamy dostęp, do internetu, wiedzy skomasowanej i możliwej do pozyskania natychmiast. Nie wyobrażam sobie powstania „Pielgrzyma” bez dostępu, do archiwalnych map, zdjęć, wspomnień, artykułów, czy grup na social mediach, które poddają szczegółowej analizie kolejne przedwojenne jak i bardziej współczesne obrazy Szczecina.
Wiedzę czerpałem także z własnego doświadczenia zawodowego. W większości przypadków mieszkania, czy domy, do których zaprosiłem bohaterów są mi dobrze znane. Dlatego też łatwo było mi się w nich poruszać. Wiedziałem, ile kroków musi zrobić Sara, żeby ujrzeć siedzących przy stole w kuchni Szymona i Tomasza albo dlaczego do ogrodu Ulrike dociera tyle słońca.

Przyznam szczerze, że nie do końca odpowiada mi tytuł tej powieści. Są już nawet trzy tak zatytułowane książki na rynku. Kto wymyślił „Pielgrzyma”?

Ja również miałem wątpliwości. Co więcej, są to bardzo dobre książki, książki uznanych autorów. Terry Hayes czy Paulo Coelho do takich przecież należą.
Tytuł zaczerpnąłem z filmu dokumentalnego Andrzeja Trzos-Rastawieckiego zrealizowanego na zlecenie kościoła ze wspaniałymi zdjęciami i podniosłą muzyką. Zwykły, pozbawiony komentarza dokument zrobiony w 1979 roku przez siedmiu operatorów na taśmie szesnaście milimetrów. Jak widzisz, nie kierowałem się literaturą, choć muszę się przyznać, że byłem świadom braku oryginalności. Robiłem przymiarki do zmiany, dopiero decyzja „Filii” utwierdziła mnie w przekonaniu, że poszedłem w dobrą stronę.

Mam nadzieję, że to dopiero początek twojej literackiej kariery i trzymasz już w zanadrzu dla czytelników kolejną książkę. Może będzie drugi tom „Pielgrzyma”, bo zakończenie pozostawia niedosyt? A może będziesz pisał kryminały, bo one teraz tak dobrze się sprzedają? ;-)

Nie wiem, czy jestem gotowy na kryminał. W moich powieściach wielokrotnie wątek kryminalny lub sensacyjny się przewija. Tak jest również w przypadku „Pielgrzyma”. Może przyjdzie na to czas?
Książek w szufladzie trochę się nazbierało. Najpierw muszę się upewnić, że są gotowe do publikacji. Z pewnością jedna z nich w najbliższym czasie wyślę do wydawnictwa.

Jaki zachęciłbyś czytelników do sięgnięcia po swoją powieść?

Jeżeli chcesz poznać Szczecin wraz z moimi powieściowymi bohaterami, warto przeczytać „Pielgrzyma”. Jeżeli chcesz poznać jakimi uczuciami kierowali się, dokonując życiowych wyborów, tym bardziej warto. Jeżeli interesuje cię wartka akcja z domieszką kryminalnego wątku, trafiłeś doskonale.

Na jakich książkach się wychowałeś i z jakimi teraz spędzasz czas, jeśli w ogóle masz czas na czytanie?

Wychowałem się na lekturach szkolnych, książkach, które poruszały temat historii miasta Krakowa czy Szczecina. Gdy działała jeszcze księgarnia „Ossolineum” przy alei Niepodległości, byłem pierwszym klientem, który kupował „Roczniki Krakowskie”. Jako dziecko zaczytywałem się Nienackim. Dużo czasu spędzałem z książkami Żeromskiego i Sienkiewicza. Lubię literaturę piękną. Do bliskich sercu współczesnych autorów zaliczyłbym Jakuba Małeckiego, Szczepana Twardocha, Jakuba Żulczyka, Olgę Tokarczuk. Z zagranicznych, Elena Ferrante, Nino Haratischwili, Erich Maria Remarque, Barbara Kingsolver, Annie Ernaux, Valérie Perrin czy Krystin Hannah.
Nie mam zbyt wiele czasu, więc wykorzystuję każdą chwilę i często słucham powieści w samochodzie podczas jazdy. To nie to samo, co czytanie. Życzyłbym sobie, abym mógł czytać co najmniej godzinę dziennie.

I na koniec jeszcze pytanie o ulubione miejsca w naszym mieście.

Mam wiele ulubionych miejsc. Lubię zaułki Starego Miasta, okolice zamku, ulicę Kuśnierską, bo one przypominają mi o przedwojennej świetności stolicy Pomorza Zachodniego. Dobrze czuję się na Jasnych Błoniach i przy Bramie Królewskiej. Z oczywistego powodu sentymentem darzę krótką ulice Tarczyńskiego, popołudniową ciszę pośród domów starego Pogodna. Chętnie wracam w okolice stoczni, gdzie się wychowałem, ogrodów działkowych naprzeciwko Wałów Chrobrego, Gontynki, placu Matki Teresy z Kalkuty. Lubię dworzec kolejowy, ale nie dlatego, że jego bryła zasługuje na uwagę, ale że gdzieś głęboko tkwi we mnie obraz z dzieciństwa – kilkulatka czekającego z niecierpliwością na podstawiany przy peronie trzecim pociąg, który zawiezie mnie na wakacje w góry.
Wydaje mi się, że do tego pociągu wsiadam po raz kolejny…

Życzę zatem wspaniałej literackiej podróży i czekam na kolejną powieść!

Robert Baciocha – od urodzenia związany zawodowo i rodzinnie ze stolicą Pomorza Zachodniego. Ukończył Wydział Humanistyczny Uniwersytetu Szczecińskiego, kierunek-filologia polska.
Jeszcze będąc studentem podjął pracę jako dziennikarz w regionalnym ośrodku Telewizji Polskiej. W latach 1991-1992 pracował jako nauczyciel języka polskiego w Centrum Kształcenia Zawodowego w Szczecinie. Od przeszło dwudziestu kilku lat prowadzi własną działalność gospodarczą.
Uczestnik wielu warsztatów pisarskich prowadzonych przez powieściopisarzy, dziennikarzy i publicystów, między innymi – Jakuba Winiarskiego, Piotra Bojarskiego, Martę Guzowską, Marcina Ciszewskiego czy Justynę Sobolewską. Poza kilkoma artykułami o tematyce lokalnej, historycznej z początku lat dziewięćdziesiątych nie opublikował dotąd żadnego tekstu. Powieść „Pielgrzym” jest jego debiutem.
Obecnie rozpoczął pracę nad kolejną powieścią. Jest żonaty. Ma dorosłego syna.

Z Autorem rozmawiała Monika Wilczyńska

Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>