12 października 2019 r.

12 października 2019 r.

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Pan szczęśliwy przypadek

Genialny artysta powinien być bezkompromisowy. Żadnych chałtur, żadnych przebojów pod publiczkę, żadnych recitali na festynach strażackich. Brzmi odważnie, tyle że życie nieco bohaterstwo komplikuje, bo w życiu, zwłaszcza tym artystycznym, trzeba przede wszystkim istnieć. Sam talent, nawet największy, nie podoła. Trzeba mieć szczęście. I o tym jest książka „Wodecki. Tak mi wyszło” Kamila Bałuka i Wacława Krupińskiego – o Zbigniewie Wodeckim, genialnym artyście, wybitnym talencie muzycznym, do którego szczęście w karierze przyszło być może za późno.

Za to na pewno wcześnie w życiu Wodeckiego pojawił się przypadek, wierny towarzysz szczęścia. Przypadkowe spotkanie z reżyserem Andrzejem Wasylewskim, twórcą pierwszego polskiego talent show „Wieczór bez gwiazdy”, zaowocowało debiutem Wodeckiego w telewizji. Przypadkowo spotkał na papierosie przed szkołą muzyczną Marka Grechutę, szukającego muzyka do swojego kabaretu. Przypadkowo poznał Ewę Demarczyk, która wpadła na koncert Grechuty, zachwyciła się Wodeckim i zwabiła go do swojego zespołu. Zjechał z nią jako skrzypek pół świata i w głębokim PRL-u miał dostęp do muzyki – brazylijskiej, kubańskiej, jazzu. To wszystko wybrzmiało w 1976 roku w solowej płycie „Zbigniew Wodecki”. I tu drogi przypadku i szczęścia wyraźnie się rozchodzą. Debiutancki album przeszedł bez echa. Wyprzedzał swoje czasy, ambitny, melancholijny, nowocześnie zaaranżowany nie pasował do rozbujanej przez Annę Jantar festiwalowej widowni w radosnej fazie epoki Gierka. „Po to te okulary ciemne, żeby nikt nie widział, co mam w oku” – powiedział więc 26-letni Wodecki i tak zakamuflowany na kolejnych 40 lat powędrował, przetartą przez innych, drogą muzyczną opolskich przebojów „Izoldy”, „Zacznij od Bacha”, „Chałupy welcome tu”, „Pszczółka Maja”. „On stworzył jakby hologram Zbigniewa Wodeckiego i nim zarządzał. Miał żelazny zestaw przebojów, zestaw dowcipów, swoją sprawdzoną konferansjerkę. I zmieniał to tylko wtedy, gdy coś przestawało działać. Ten człowiek miał niegdyś wielkie, ambitne artystyczne marzenie oraz bardzo chciał być popularny. Zabrakło mu tak potrzebnego wybitnym artystom szczęścia” – mówi o Wodeckim Kamil Bałuk.

Szczęście przyszło wraz z zespołem Mitch&Mitch, który zachwycił się zapomnianą debiutancką płytą Wodeckiego i zaproponował artyście wykonanie jej na nowo. W roku 2013 okazało się, że pan od „Pszczółki Mai” i „Tańca z gwiazdami” jest dla pokolenia trzydziestoparolatków wielkim odkryciem. Do Wodeckiego zgłaszają się zupełnie mu nieznani muzycy, niektórzy z nich nawet nie czytają nut, robią z nim odjechany muzyczny koncertowy projekt, grają razem na katowickim OFF-ie i gdyńskim Openerze, pierwsze miejsce na Liście Przebojów Trójki, nowe nagranie płyty, Fryderyki dla najlepszego albumu i piosenki, występy w siedzibie Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia i dwukrotnie wyprzedana dwutysięczna wspaniała akustycznie sala koncertowa w Katowicach. Z Mitch&Mitch nie stanął w światłach perfekcyjny hologram, lecz genialny muzyk i człowiek, który robi coś z zaskoczenia, bez planu, żywiołowo, otwarty. „Ale Wodecki nie ma już 26 lat. Jest panem po sześćdziesiątce. I o tym w gruncie rzeczy chciałem napisać. O tym, czy można nawiązać kontakt z samym sobą sprzed lat” – mówi Kamil Bałuk. Na okładce książki „Wodecki. Tak mi wyszło” artysta jakiego dobrze znamy: lwia grzywa płowych włosów, okulary, ciepły półuśmiech i tylko spojrzenie jakby puszczał oko. A może mu z Mitchami tak po prostu przypadkiem wyszło?

Katarzyna Amon

Kamil Bałuk, Wacław Krupiński: Wodecki. Tak mi wyszło, Wydawcy: Wydawnictwo Agora, Fundacja im. Zbigniewa Wodeckiego

Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>