Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Marzec 2019 r.

Marzec 2019 r.

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Prawie jak gwałt

„Pomyślałam, że przecież mężczyzna nie wejdzie do damskiej toalety. Myliłam się. Nie zdążyłam zamknąć drzwi do kabiny, a on już był w środku i przyciskał mnie całym ciężarem ciała do ścianki działowej. Potem…”
Zabrzmiało jak początek opisu gwałtu? Owszem. I to ze mną w roli ofiary. Tyle, że miałam więcej szczęścia niż autor „Zgwałconego”. Udało mi się. Przypadek zadecydował o tym, że nie zostałam zgwałcona, a właściwie to część mojej garderoby. O tym za chwilę.

Zadziwiające, jak mało jest synonimów słowa „gwałt” w języku polskim w kontekście zmuszenia do kontaktu seksualnego. Ani „molestowanie”, ani „wymolestowanie” czy „pohańbienie” lub „zniewolenie” nie oddają okrucieństwa i ohydy tego aktu, więc z góry przepraszam za powtarzanie się. Zadziwiające jest też, jak wiele warunków musi być spełnionych w świetle prawa, o których pisze Douglas, żeby taki czyn został zakwalifikowany jako gwałt. A przecież przemoc, w jakiejkolwiek postaci, jest niewyobrażalnym złem. Autor dedykując swoje wyznanie – wszystkim pozostałym, podkreśla, iż nie ma znaczenia, kto jest ofiarą – mężczyzna czy kobieta.
W historii autora, oprócz psychicznych i somatycznych skutków traumy, zszokowało mnie to, że tak wiele osób nie było przygotowanych do pomocy, zwłaszcza w ośrodkach terapeutycznych, gdzie spodziewać by się mogło fachowej i wykwalifikowanej kadry. I to jest przerażające, tak samo jak przerażający był czyn, którego dopuścił się sprawca na osiemnastoletnim Raymondzie. Dorosłym człowieku, obecnie profesorze uniwersyteckim, który od tego momentu, przez całe życie, będzie próbował się zmierzyć ze wspomnieniem dokonanego na nim gwałtu. Możemy sobie tylko wyobrazić, a dzięki autorowi prawie poczuć, co dzieje się z człowiekiem podczas takiego aktu przemocy.

Bezcenna jest opowieść Douglasa. Poruszająca i okrutnie prawdziwa. Pokazuje, także od strony kulturowej, czym tak naprawdę jest gwałt i jakie niesie ze sobą konsekwencje dla ofiary. Zwłaszcza mężczyzny. Nie można minąć „Zgwałconego” obojętnie, porusza ważne, jeśli nie najważniejsze kwestie etyczne i społeczne, również te religijne. A przede wszystkim, prowokuje do mówienia o swoich traumatycznych przeżyciach, jest przecież apelem do „wszystkich pozostałych”, żeby przerwali ciszę i zaczęli mówić. I to jest chyba najtrudniejsze, z różnych powodów. Mnie autor sprowokował, więc…

Czas na moją historię. Zaznaczę, że była to epoka bez telefonów komórkowych i monitoringu w szkołach. Pewnie powiecie, jak głupio i naiwnie się zachowałam, ale właśnie tego boją się ofiary gwałtu i tak się też dzieje – wina w oczach innych spada po części na nie. Dlatego milczą. A tego właśnie sprawcy oczekują…

„Wracałam z prywatnej lekcji niemieckiego, listopadowym popołudniem, do szkoły, w której moja matka była wicedyrektorem. Nastolatka (szósta klasa podstawówki), zaczytana po drodze w otrzymanej od nauczycielki książce, z głową w chmurach. Przekroczyłam bramę boiska i nagle usłyszałam męski głos. Znany tylko z widzenia, dorosły już chyba chłopak, podszedł do mnie i zagaił. Trafił w dziesiątkę, gdyż był to ten moment, kiedy bardzo zadurzyłam się w koledze z klasy i mężczyzna powołując się na niego, powiedział, że ma dla mnie wiadomość od X. I jakimś dziwnym trafem nie chciał mi wyjawić, co to za informacja, dopóki nie wejdziemy do szkoły. Zgodziłam się. Weszliśmy, skierowałam się od razu na I piętro, gdyż tam był gabinet mojej mamy, ale wiedziałam, że jej tam nie ma. Miałam klucz w kieszeni. I ilekroć nie „przerabiam” tego scenariusza w głowie, to dziękuję swojej intuicji, że go nie wyjęłam i nie otworzyłam tych drzwi. Prosiłam, żeby mi w końcu powiedział, o co chodzi, ale on się jakoś zaczął nerwowo rozglądać, co wzbudziło moje podejrzenia. A kiedy złapał mnie za łokieć, wyszarpnęłam się i przyspieszyłam kroku do drugiego zejścia schodami na parter, bo tylko w sekretariacie ktoś jeszcze pracował, cała szkoła była opustoszała. Próbował mnie zatrzymać w połowie korytarza i wtedy zapaliła mi się czerwona lampka. Dopiero wtedy. Jedyne, co mi przyszło do głowy to to, że mężczyzna przecież nie wejdzie do damskiej toalety! Myliłam się. Nie zdążyłam zamknąć drzwi do kabiny, a on już był w środku i przyciskał mnie całym ciężarem ciała do ścianki działowej. Potem wszystko potoczyło się tak szybko… Czułam strach i dezorientację, nie mogłam się ruszyć ani wydobyć z siebie głosu (trzeba było krzyczeć, usłyszałam później, tak, pewnie, wszystko trzeba było inaczej). W następnej sekundzie już kucał przede mną, ściskając moje kolana swoimi tak mocno, że nie mogłam się wyrwać i zaczął odpinać mi spodnie, powtarzając, że nic mi nie zrobi… NIC? Odpychałam go rękami, ale był silny. Łzy już same poleciały mi po policzkach, bo zdałam sobie sprawę, że za chwilę zostanę zgwałcona. Pociągnął za zamek moich brązowych, sztruksowych spodni i… stał się cud. Przypomnę, że było to w listopadzie, kiedy już należy nosić cieplejszą bieliznę pod spodem. Zaczął ściągać mi te spodnie powoli, jakby delektował się myślą o tym, co za chwilę zobaczy i nagle – przestał! Rozluźnił uścisk, a ja wykorzystałam ten moment. Odepchnęłam go z całej siły, poleciał na plecy, a ja wybiegłam pędem i zbiegłszy na dół, nie oglądając się za siebie, dopadłam drzwi do sekretariatu i… Byłam bezpieczna. Jeszcze tylko w głowie słyszałam jego okrzyki – co to jest, co to ma być!”

Uratowały mnie męskie kalesony z rozporkiem. Tak, właśnie, jedyna dostępna wtedy na rynku ciepła rzecz, którą matka kazała mi założyć pod spodnie, bo mroźny tamten listopad był. Wprawiły mojego prześladowcę w osłupienie i zdezorientowały na tyle, że udało mi się uciec. Raymondowi M. Douglasowi się nie udało. I wielu, wielu innym się nie udaje. Zostają ofiarami gwałtu i żyją z tym. Ja żyję z moim wspomnieniem prawie czterdzieści lat i mimo upływu czasu, widzę każdy szczegół, kolor i czuję zapach, pamiętam, jak byłam ubrana, jakie kwiaty stały w sekretariacie i z jakiego materiału były moje niewymowne. A zwłaszcza pamiętam poczucie bezradności i bezsilności, a także wstydu. Nie wiem, czego bardziej się wstydziłam, czy tego, że byłam taka głupia i naiwna, czy że miałam na sobie męskie kalesony. Wielokrotnie, przy odtwarzaniu tej sytuacji, rozważałam inne scenariusze, przecież mogłam zrobić to czy tamto inaczej. A przede wszystkim, nie pozwolić sobie na rozmowę z obcym.
I nie będę już dalej pisać, jak potoczyłoby się moje życie, gdybym została wtedy zgwałcona, bo o tym wszystkim można przeczytać w książce Raymonda M. Douglasa.

Mirka Chojnacka

Raymond M. Douglas, Zgwałcony, Media Rodzina, 2018

1 comment to Prawie jak gwałt

  • gal

    Mocno osobista refleksja w tej recenzji ale zachęca do przeczytania. Przy takim temacie i przeżyciach nie da się zapewne uciec od własnego doświadczenia.
    Ciekawe spostrzeżenie na temat braku synonimu słowa „gwałt” w języku polskim o takim samym ciężarze.
    Smutne, że w dzisiejszych czasach i przy obecnej modzie należy podkreślić, że bieliznę „należy nosić pod spodem” ;)
    Bardzo przyjemnie czyta się (słyszy się?) zdanie „… pod spodnie, bo mroźny tamten listopad był”. Pod kątem literackim piękna i dźwięczna składania.

Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>