16 marca 2019 r.

16 marca 2019 r.

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Pamiętnik z szuflady – rozmowa z Danutą Słowik

15W maju 2011 roku ukazała się w Szczecinie książka Danuty-Romany Słowik – „Tułacze losy”. Poniżej rozmowa z Autorką.

Książka składa się z dwóch części. Pierwsza z nich to pamiętnik Pani babci – Romany Turońskiej. Druga część jest autobiograficzna. Kim była Pani Babcia? Dlaczego postanowiła Pani opublikować Jej pamiętnik?

W połowie lat trzydziestych 20 wieku, w Warszawie, matka wychowująca 2 dorastające córki nie miała zbyt wielu możliwości zarobienia odpowiedniej sumy, aby zabezpieczyć im godne życie. Pisanie drobnych opowiadań dla dzieci czy granie na pianinie w niemych kinach, nie zapewniało wystarczających dochodów. Wówczas zaczęła prężnie rozwijać się Gdynia – polskie „okno na świat”. Wyczytała w gazecie warszawskiej, że GAL (Gdynia America Line) szuka nowych pracowników do obsługi statków pasażerskich. Pojechała; po kursach PCK i szkoleniach medycznych w Szpitalu Morskim zaczęła pracę jako „siostra okrętowa” – początkowo na „Kościuszce” potem na „Batorym”. I tak zaczęła się największa przygoda jej życia. Niestety, bez happy end’u. Wybuch wojny zastał ją na Atlantyku. 4Dotarła w końcu do Europy, pracowała w Polskim Szpitalu Wojskowym w Szkocji i to tam właśnie spisała swoje pamiętniki. Potem nadszedł upragniony koniec wojny, ale niestety nie dla wszystkich. Ci, których zawierucha wojenna rzuciła na Zachód byli zdaniem władz socjalistycznych po złej stronie. Ich powrót do kraju był wręcz niemożliwy – to nie ten szpital, to nie ci alianci, to nie ten front. Kiedy w 1956 roku zapowiadało się na lekką odwilż polityczną, było już za późno, nie zdążyła, zmarła w Manchesterze w 1957 roku. Do Szczecina dotarły pamiątki po niej – albumy zdjęć i ten wspaniały pamiętnik. Niestety, wydrukowanie tych wspomnień okazało się również niemożliwe. Na tak „wrogą propagandę” nie godziły się żadne socjalistyczne władze, żadne ówczesne wydawnictwa, nawet te po „odwilży”. Pamiętnik trafił więc do szuflady.

Jak długo tekst leżał w szufladzie?

Ponad 50 lat. W międzyczasie, po „Grudniu’70”, moja mama wspomniała znowu te pamiętniki. Powiedziała, że chyba już nigdy nie27 dożyje czasów kiedy będzie możliwe opublikowanie pamiętników babci. Wtedy już byłam na tyle dorosła, że rozumiałam co przez to rozumie. Obiecałam jej, że jeśli ja kiedyś takich czasów dożyję, to z pewnością zajmę się tymi pamiętnikami. Ponownie dotarły do moich rąk w 1999 roku po śmierci mojej mamy, czyli 52 lata od ich napisania.

Siostra Romana nigdy nie powróciła do kraju. Nie było Wam dane się spotkać. Mimo to, czuję się ogromną więź między babcią a wnuczką.

Ogromnie żal mi, że nie miałam okazji poznania jej osobiście. Jednak mimo odległości, była mi bardzo bliską osobą. Kiedy do domu przychodził listonosz podskakiwałam z radości wiedząc, że to paczka od „babci z Anglii”. Wspierała naszą rodzinę jak tylko mogła, ale dla mnie najcudowniejsze były lalki, które chodziły… Mimo młodego wieku zdawałam sobie również doskonale sprawę, że w mojej ciężkiej chorobie właśnie jej zawdzięczałam leki przysłane samolotem Czerwonego Krzyża „zza żelaznej kurtyny”. Zawsze za nią tęskniłam.

Pani babcia była wyjątkową siostrą. Lubiana i szanowana. Wrażliwą na muzykę i słowo.. Pisała wiersze dla swoich pacjentów i o swoich pacjentach! Te często dowcipne wersy to zapis tamtych dni i barwne portrety ludzi, których spotykała. Wydaje się, że bycie siostrą okrętową było dla niej obowiązkiem, pracą a jej artystyczna dusza rwała się do innych zajęć…

Myślę, że w pewnym sensie tak. Władała biegle kilkoma językami, grała na fortepianie, dawała koncerty muzyki poważnej – przede wszystkim Chopina, pisała wiersze, krótkie nowele, bajki dla dzieci. Była osobą bardzo inteligentną, wykształconą, ale i bardzo wrażliwą. Wybór zawodu pielęgniarki spowodowany był okolicznościami życiowymi, lecz jestem przekonana, że bardzo szybko odnalazła się w tym zawodzie. Swoim pacjentom oddała całą swoją duszę, darzyła ich empatią, pomoc chorym, słabym ludziom stało się jej prawdziwym powołaniem. Chyba ogromną satysfakcję sprawiało jej poza opieką czysto medyczną, organizowanie imprez, dawanie koncertów fortepianowych czy recytowanie wierszy, układanie przedstawień teatralnych zarówno na pokładzie transatlantyków, czy też w kaplicy szpitalnej w „Szpitalu w zamczysku”. Kto wie, gdyby nie trudna sytuacja rodzinna, wojna, to może nigdy nie byłoby „Siostry Romany”, ale tak potoczyły się losy i dzięki temu w swoim zawodzie pielęgniarskim spełniła się w całym tego słowa znaczeniu.

7W swoim pamiętniku, który napisała pracując już na lądzie w Szpitalu Wojskowym w Szkocji, skupia się głównie na pracy i ludziach z którymi przebywa na co dzień. Opisuje zawarte przyjaźnie, pacjentów, choroby, śmierć dorosłych i dzieci. Ciekawe czy siostra Romana przypuszczała, że te zapiski ujrzą światło dzienne?

Zdecydowała się do napisania tych pamiętników na prośbę umierającego pacjenta, któremu wieczorami, po dyżurach opowiadała o wspaniałych podróżach. Boni, ten właśnie chory pacjent, prosił o książkę o tych podróżach, o pacjentach „Szpitala w zamczysku”, o siostrze, która mu o tym wszystkim opowiadała. Pragnął, aby też inni, szczególnie ci, którzy przeżywali wojnę w Polsce, dowiedzieli się wszystkiego o ich tułaczych losach. Broniła się, nie chciała pierwotnie wracać do bolesnych wspomnień, do rozłąki z rodziną, ale napisała. Przypuszczam więc, że zamierzała również wydać tę książkę w Polsce, po wojnie, dokąd zawsze pragnęła powrócić.

W drugiej części książki poznajemy historię Pani życia. To krótka autobiografia. Wiele Was łączy. Pani babcia pomagała chorym i wiele lat spędziła na szpitalnych oddziałach. Pani poznała ten świat z zupełnie innej strony – jako pacjentka…

Tak, życie mnie nie oszczędziło. Gdy w 1956 roku w Szczecinie wybuchła epidemia choroby Heine-Mediny, miałam zaledwie 4 latka. Byłam sparaliżowana od pasa w dół. To, że dzisiaj chodzę zawdzięczam wspaniałej opiece lekarskiej, ale przede wszystkim błyskawicznej pomocy mojej babci. To ona, na rozpaczliwe telegramy mojej mamy, zorganizowała cudowną wręcz przesyłkę leków, które w Polsce były wówczas niedostępne. Z choroby wyleczono mnie prawie całkowicie, chociaż jej skutki odczuwałam niestety całe życie. Przebywałam w różnych szpitalach i obserwując pracę całego personelu medycznego bardzo często myślami wracałam do mojej babci. Czasami marzyłam, że to właśnie ona nachyla się nade mną.

Pani również pisze wiersze. Czy to tradycja rodzinna?

8Nigdy nie poważę się mierzyć z nią w układaniu wierszy, chociaż muszę przyznać, że pisanie ich zawsze mnie pociągało. Czy mam to po niej? Zupełnie prawdopodobne, od dzieciństwa często zaglądałam do jej pamiętnika a tam były przecież jej wiersze. Z pewnością jej styl pisania inspiruje mnie, lubię – podobnie jak ona – moimi wierszami opowiadać historię, piszę wprost, używam – podobnie jak ona – mało metafor, układam w rymy to, co bezpośrednio mam do przekazania. Wiele moich jak i jej wierszy przeplatanych jest humorem, chociaż obydwie lubiłyśmy również przenosić się w nostalgię.

Los płata figle…Pani babcia nie mogła wrócić do kraju choć bardzo tego pragnęła. Pani z Polski wyjechała.

To właśnie nazywam paradoksalnym wręcz zrządzeniem losu: Z tego samego właściwie powodu, powojennej sytuacji politycznej w kraju, zarówno babcia nie mogła wrócić do Polski, jak i ja musiałam ją opuścić. Jakie to szczęście, że czasy wreszcie się zmieniły i przynajmniej ja mogę w każdej chwili przyjechać z powrotem do Szczecina.

Przez wiele lat mieszkała Pani w Szczecinie. Pobyt tutaj to prawdziwa lekcja historii. Była Pani m.in. świadkiem zdarzenia, które miało miejsce 9 października 1962 r. To Defilada Wojsk Układu Warszawskiego, w czasie której doszło do wypadku. Czołg T-34 wjechał w grupę dzieci. Na miejscu zginęło 7 uczniów. Około 20 zostało rannych… Ile miała Pani wtedy lat?

10! To niby mało, ale ten obraz wrył się w mojej pamięci na zawsze. Proszę sobie wyobrazić, że jakieś 15 lat później poznałam całkiem przypadkowo panią, która wówczas, jako dziecko, miała mniej szczęścia niż ja – stała po drugiej stronie ulicy. Straciła pod czołgiem lewą rękę i lewą stopę, ale przeżyła. Wyszła za mąż i zaczynała żyć jak każdy w pełni fizycznie sprawny człowiek. Jej optymizm i radosne podejście do życia pomogło mi trochę stłumić to traumatyczne przeżycie.

Każdego roku, 9 października przy schodach Szkoły Podstawowej nr 1 przy Al. Piastów zapalane są znicze na pamiątkę tego wypadku…Na budynku znajduje się również tablica pamiątkowa.

Nie wiedziałam o tej akcji, ale jestem szczęśliwa, że ktoś o tym pamięta.

Potem przyszedł rok 70-ty, grudzień…

Grudzień 1970 miał chyba największy wpływ na moje życie. Miałam wówczas 18 lat, byłam w klasie maturalnej Technikum Ekonomicznego, wydawało mi się, że już zaraz będę mogła zmieniać świat na lepsze. I… zimny prysznic. Zrozumiałam raptem, że do tej pory wcale nie było tak różowo, jak nam to przedstawiano, że żyłam pod kloszem, że byłam dzieckiem, któremu celowo nie mówiło się prawdy – czy to ze strachu przed SB, czy z chęci przedłużenia beztroskiego dzieciństwa. Raptem opadła zasłona i wszystko stało się zrozumiane. Zamknę to może tylko jednym zdaniem: wreszcie zrozumiałam, dlaczego pamiętniki mojej kochanej babci nadal musiały pozostać w szufladzie.

Pomimo nieprzyjemnych wspomnień z tego okresu, widać wielką miłość do Szczecina. To sentyment do ludzi czy miejsc?

Tak jedno jak i drugie. Wiele lat mieszkam już poza Szczecinem. Początkowo Sosnowiec, dokąd pojechaliśmy „za mieszkaniem” a potem, po kolejnej klęsce politycznej – Nadrenia-Palatynat. Ale zawsze wjeżdżając do Szczecina mam uczucie, że wracam do domu. To jest „moje miasto”. Do tej pory poruszam się po nim na pamięć, mimo, że niektóre ulice zmieniły nazwę. Odnalazłam przyjaciół z dzieciństwa, poznałam wielu nowych, wspaniałych ludzi. To tu mam zawsze uczucie, że jestem u siebie. To nie przypadek, że właśnie tu wydałam moją książkę „Tułacze losy”. Ma to dla mnie ogromne znaczenie, że właśnie w Szczecinie, po latach udało mi się spełnić przyrzeczenie wydania drukiem pamiętników babci, to tak, jakby po latach ona również wróciła do domu, do Ojczyzny.

Często wraca Pani do naszego miasta?

Bardzo często, kilka razy w roku i mam nadzieję, że kiedyś pozostanę jeszcze dłużej – może na zawsze? To jest moje marzenie – wrócić kiedyś do korzeni. Tak wyobrażam sobie szczęście, jakie dała nam wolna Europa, możliwość powrotu do portu macierzystego. Ale to już odrębny temat. O tym, co działo i dzieje się z nami, Polakami po „okrągłym stole” i jaki wpływ miał on na nasze życie, będzie można przeczytać w mojej nowej książce zatytułowanej „Nocne Polaków rozmowy” – w pewnym sensie kontynuacji „Tułaczych losów”, którą zamierzać wydać – również w Szczecinie – jeszcze w bieżącym roku.

Dziękuję za rozmowę i czekam zatem na dalszy ciąg Pani opowieści na kartach książki…

Z Danutą Słowik rozmawiała Monika Wilczyńska

TUŁACZE LOSY mDanuta- Romana Słowik – Urodziła się na początku lat 50-tych w Międzyzdrojach, ale wychowywała się w Szczecinie. Z zawodu ekonomistka. Jej hobby to malarstwo i pisanie wierszy. Od 1984 roku mieszka w Nadrenii – Palatynacie.

Więcej na stronie: www.danuta-slowik.com

Zdjęcia z archiwum Autorki.

1 comment to Pamiętnik z szuflady – rozmowa z Danutą Słowik

  • Brak czasu nie pozwolił mi na kontakt. Książką jestem jak już wiesz zachwycona.
    Nasz rok harcerski zakończyliśmy ogniskiem, na które zaprosiliśmy Stowarzyszenie Szarych Szeregów. Pozdrawiam serdecznie Danuta harcerka. Czuwaj!

Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>