Wkrótce….

Wkrótce….

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Rozmowa z Iwoną Małgorzatą Żytkowiak – autorką “TONI”

MW: To Pani pierwsza książka i według mnie to bardzo udany debiut. Ale zacznijmy od początku, czyli od… okładki. Widzimy na niej kobietę – brunetkę, której głowa oddzielona jest od ciała. Nie spodobała mi się już od początku ta okładka. Smutna kobieta o wielkich dłoniach i ta głowa… Można by przypuszczać, że to tytułowa Tona, ale jak dalej czytamy w tekście, Tonia była filigranową blondynką. A zatem, kim jest kobieta na okładce? Czy Pani jako autorka miała wpływ na jej wygląd?

IŻ: Okładka! No cóż! Teraz zmieniałabym! Czas, od momentu, kiedy otrzymałam dość lakonicznego maila z informacją mniej więcej: „A to jest projekt okładki. Czy odpowiada pani?”, do dzisiaj pozwala na dystans. Wówczas takiego nie miałam… Właściwie powinnam „bronić”, ale może gdzieś trochę mam żal do wydawnictwa, bo to przecież oni się znają… Miałam inną propozycję. A mianowicie okładkę miał stanowić jeden z obrazów Romy Kaszczyc ( note bene będący w moim posiadaniu), ba! Roma wyraziła zgodę. Ale ja wystraszyłam się dodatkowych umów o prawach autorskich, nie bardzo umiałam to rozwiązać… Romie pragnę podziękować za gest. Może jeszcze kiedyś ponownie do niej się zwrócę…

A poza tym, tak szalenie cieszyłam się z faktu „wydawania” swojej książki”, że naiwnie pomyślałam sobie: „A co tam mnie okładka! To, co jest treścią! To jest istotne”. Ja wiem, że to niezła książka i pewnie, gdyby inna okładka… Ale trudno! Mleko się rozlało!

 A tak na marginesie: Tonia istotnie jest blondynką? (żart)

MW: Jak długo powstawała „Tonia”? Czy napisanie pierwszej książki to spontaniczny pomysł, jakiś impuls a może zawsze chciała Pani napisać książkę i teraz właśnie nadszedł ten czas?

IŻ: Zacznę tak trochę od końca. Jestem specjalistką od szkatułek. Otwieram więc pierwszą – jakby co- proszę ją zamknąć.

Pisałam od zawsze, na wszystkim i gdzie bądź, stąd uzbierało mi się ileś kilogramów kalendarzy, zeszytów, brulionów. Uwielbiałam bruliony, notesy. Wyszukiwałam takie, które wyróżniały się: grube okładki, wytłaczane, jakieś fantastyczne rysunki.

Pisałam wiersze. I nawet byłam dość bliska wydania ich. Był to rok bodajże 87, coś tam powysyłałam, coś zawiozłam – było to dawno, więc i przekaz nieostry. W każdym razie pojechałam na spotkanie z redaktorem i wręczyłam mu maszynopis (tak maszynopis). Trudno było mi oddalić się spod redakcji. Na murku w parku stwierdziłam, że ja tego absolutnie nie chcę upubliczniać, że to taka straszna forma ekshibicjonizmu, na którą ja w żaden sposób nie byłam przygotowana. Wróciłam, zabrałam wiązany skoroszyt i przeprosiłam.

 I popisywałam sobie dalej. Na karteluszkach, karteczkach, notesikach. Prozy nie pisałam odręcznie. Nigdy. Zbyt wiele słów naraz trzeba było zapisać, by się wyrazić, a ja nienawidzę pisać, mówię oczywiście o czynności: trzymanie pióra, nacisk, kąt, kształt liter…. A obrazy tłoczyły się do głowy. Zanim więc napisałam, część zacierała się lub umykała. Trudno było mi odtworzyć tok myślenia. Ale nie to zgoła było najgorsze w tym. Najgorsze bowiem było przeczytanie tego, właściwie rozczytanie. Nie mogłam odnaleźć sensu, nie pamiętałam, o co mi chodzi… A w końcu nastały czasy komputerów. Bardzo szybko opanowałam umiejętność pisania I wtedy zaczęłam pisać, krótkie felietony dla siebie, eseje i do folderu, do folderu. Niekiedy listy do przyjaciół albo do mojego męża. Potem były opowiadania. Zostało mi jedno, które lubię i być może rozwinę w dłuższą formę „Inaczej nie będzie”. A potem w 2005/6 zaczęłam pisać Tonię. Napisałam część – kilkanaście, może do dwudziestu kilku stron. Przypadkiem natknęłam się na stronę pewnego wydawnictwa i wysłałam to. Po jakimś czasie dostaję maila od właścicielki, która piszę coś w tym stylu „…niech pani pisze, pisze, bo ma pani talent.” Przerwałam jednak Tonię, bo od początku do końca miałam na nią pomysł. Zaczęłam pisać kolejne, bo pchały się do mnie, nie pozwalając mi spać.

Pisanie jest fantastyczne. Lubię pisać i lubię czytać. I czynię to niejako równolegle, czuję się fantastycznie i w jednej i drugiej sytuacji. I tu, i tu w chodzę w nieswoje światy. W pisaniu jednak tkwi moc. Mogę wiele, często sama nie wiem, co mogę, jak poprowadzę czyjeś życie albo… go nie poprowadzę.

MW: „Tonię” można uznać za opowieść o zwykłej kobiecie, która używa wulgarnych słów, „żyje i zakochuje się miłością do konca życia”, szybko wychodzi za mąż za mężczyznę, który krzywdzi ją potem przez całe życie. A ona jak typowa Matka Polka – rodzi mu dzieci, kocha, wybacza, usprawiedliwia i znosi upokorzenia….. Dużo zna Pani takich kobiet?

IŻ: Czy dużo znam takich kobiet? Takich Toni wypisz, wymaluj – to żadnej, ale one są obok nas i najczęściej nie wychodzą na pierwszy plan, nie chcą być znane, bo najnormalniej w świecie wstydzą się swojego życia albo nie chcą mówić głośno, by jeszcze bardziej nie zaklinać losu, nie prowokować. Tak więc większość moich bohaterek ma poniekąd rzeczywiste kośćce prawdziwych postaci… bo i nie bardzo się da inaczej. Owe postaci są pomysłem, niekiedy pretekstem do opowiedzenia jakiejś historii, która sama w sobie już niewiele ma wspólnego z daną osobą i jest albo czystym wymysłem albo takim mariażem różnych, że stanowi już absolutnie nowy byt.

Nie da się nic nowego wymyślić, bo wszystko już było! Ponoć Szekspir napisał już wszystko! Nawet jeśli jestem osobą piszącą baśnie, fantasy, tworzę jakieś surrealistyczne obrazy, abstrakcyjne na pozór, bo nie widać na nich konkretnego kształtu, to i tak to wszystko jest w kontekście rzeczywistości, choćby było najbardziej posuniętym jej zaprzeczeniem – tak myślę.

MW: Dla mnie ta książka jest wspaniałym portretem psychologicznym dwóch kobiet oraz opowieścią o kobiecej przyjaźni. Przyjaźń ma wiele odmian i w swojej książce przedstawia Pani jedną z nich.

IŻ: Dla mnie też! I cieszę się, że czytelnicy to widzą, że nie udręcza ich tytułowa Tonia swoim beznadziejnym życiem, ale widzą ów symbiotyczny związek kobiet, które są na pozór z odległych galaktyk, których życie, osobowość, genealogia, wszystko! winno odpychać od siebie, grodzić, a jednak… I tak naprawdę, Toni życie może być jakiekolwiek, bo to nie ma znaczenia dla tego, o czym piszę, ale ten proces zależności, kruszenia pancerza, empatii, ów klasyczny syndrom drzewa i bluszczu ( raz Tonia – drzewo, raz bluszcz, to samo z narratorką) – to jest ważne. W którymś momencie napisałam o tym wprost, chyba w rozdziale o anginie…

MW: Dwie całkiem różne kobiety. Dwa światy. Jedna żywiołowa, pełna ekspresji, z dużą dawką optymizmu, której życie nie oszczędza. I druga uwięziona w gorsecie dobrego wychowania, dobrego wykształcenia, wycofana, izolująca się od ludzi. Do tego szalenie naturalne dialogi i dużo prawdy o kobiecym życiu.

Gdzieś w internecie znalazłam takie słowa na temat „Toni: “Autorka niewątpliwie jest znawczynią kobiecej psychiki, baczną obserwatorką rzeczywistości. Aż dziw bierze, kiedy człowiek sobie uświadomi, że tak dobrze nas zna i skąd, bo przez cały czas odnosi się nieodparte wrażenie, że autorka pisze właśnie o mnie.” Przyznam, że ja również odczuwałam wielkie podobieństwo do narratorki opowieści. Czy spotkała się Pani z takimi opiniami?

IŻ: Wobec takich opinii nie pozostaje mi chyba nic innego, jak się cieszyć. A wracając do pytania: Któregoś razu na facebooku natknęłam się na komentarz – całkiem przypadkiem – w którym kobieta podekscytowana moją książką, zadawała pytanie innej: Skąd ja ją znam? Chciała mnie poznać i zapytać wprost o swoje życie. Była bardzo podniecona. Książkę czytała jednym tchem. Nie znałam jej… Cóż! Kiedy człowiek coś robi, to najpierw wydaje mu się, że robi to dla siebie, a kiedy okazuje się, że spełnia czyjeś oczekiwania, budzi emocje (nie mordercze instynkty) to… to dopiero wówczas człowiekowi się chce….

MW: Narratorką jest przyjaciółka Toni, która opowiada mężowi historię ich przyjaźni. Książkę zadedykowała Pani mężczyźnie – Krzysztofowi. Wielu czytelników może pomyśleć, że historia Toni jest prawdziwa. A może jest?

IŻ: Po kolei. Co do narracji. Lubię bawić się narracją. Stawać w środku wydarzeń, być w nich, wtrącać się lub uchodzić gdzieś poza świat przedstawiony i patrzeć. Niekiedy muszę zdystansować się do tego, co piszę i, jak to powiedziała jedna z pań prowadzących jedno ze spotkań ,wówczas niczym deux ex machina pojawia się coś, ktoś, a ja „odpoczywam” albo przypatruję się „innym okiem”, nabieram rzeczonego dystansu.

Książkę zadedykowałam mężczyźnie. Tak – mojemu mężczyźnie, mojemu mężowi. I jeśli mi się uda wydać kolejne, też chciałabym jej jemu dedykować. Bo to nie ma absolutnie żadnego związku ani z żadną z postaci, ani czymkolwiek w treści… Po prostu… Mój mąż od zawsze wierzył i dążył do tego, bym pisała. Ja traciłam i tracę wiarę, sens – on nie.

Co do prawdziwości Toni. Pisałam wcześniej. Ja nie znam Toni, ale jeśli jest – Toniu! Pozdrawiam.

MW: Na kartach „Toni” jest dużo muzyki, można przypuszczać, ze odgrywa ona dużą rolę w Pani życiu.

IŻ: Trochę chyba przegięłam z tymi teksami. Ale, rzeczywiście muzyka jest dla mnie szalenie ważna, zwłaszcza tamta. A propos! 08 grudnia 31 rocznica śmierci Lenona

 MW: Jak ludzie z najbliższego otoczenia odebrali Pani debiut? Spotyka się Pani z jakimiś reakcjami?

IŻ: Różnie. Jak to w niewielkim miasteczku. Jedni się szczerze cieszyli i gratulowali, inni pytali: ciekawe co ona takiego mądrego mogła napisać? Ale ogólnie wierzę w to, że jest ok. Miałam spotkania w Barlinku. Były sympatyczne. Wiele życzliwości. Wiem, że ma się odbyć kolejne spotkanie. Dużo osób na nie czeka. Miałam spotkania w Gorzowie i Szczecinie. Spotkania na pewno są konieczne, ale i niezwykle stresujące. Ale to dzięki nim dowiaduję się o swojej książce wielu rzeczy. To też spotkania i rozmowy z czytelnikami pozwoliły mi spojrzeć z pewnej pespektywy na „Tonię” i pomagają mi odpowiadać na pytania: o czym jest „Tonia”. Napisałam. A teraz uczę się mówić o tym.

Powiem jeszcze coś. To reakcja ludzi, taka siaka zmienia też i mnie. Do tej pory ważny był dla mnie pojęty szumnie „akt twórczy” i tylko on… teraz ważny jest dla mnie potencjalny czytelnik, odbiorca. Zależy mi na nim, jego opinii, chciałabym mu dogodzić, uwieść…

MW: Czy będą kolejne książki? Może już coś Pani pisze?

IŻ: One są! Teraz kończę „Drugie piętro” . Drugie piętro jest fajne. W niewielkich miasteczkach nie ma wyższych budynków. Drugie piętro jest optymalne. Widać dobrze, co jest na dole, można zerknąć w górę i na boki… Na drugim piętrze na Koziej mieszka moja Sabina, która jest jedną z kilku kobiet, prezentujących zgoła inne osobowości, portrety. Czasem intrygujące, czasem irytujące, niekiedy zupełnie niezrozumiałe i nieprzewidywalne. Portrety kobiet uwikłanych w jakąś historię, niekiedy banalne zdarzenie staje się pretekstem do pokazania ich; Teresy, Mirki, Justyny, czy Adeli lub Celki vel Baśki.

Jest też gotowa powieść „Tak się żyć nie da” o trudnych relacjach między dorastającą córką, mężem i żoną, żyjących w swoich niezależnych światach do czasu, kiedy to piorunujący fakt o narkomanii córki budzi wszystkich z letargu, staje się pretekstem do opowiedzenia o poszczególnych postaciach. Może i trudna książka, ale to książka o poszukiwaniu siebie, odkrywaniu własnej kobiecości, z przynależnymi jej atrybutami: macierzyństwem, marzeniami i spełnieniem. Jest to powieść o miłości, o bardzo trudnych relacjach między matką, córką i ojcem – w różnych konfiguracjach, o narkomanii, gdzieś w tle – cichej i mało widocznej bez przesytu makabrycznych scen, chociaż zdarzają się, ale nie po to, by budzić sensacje, ale bardziej po to, by pokazać tragizm sytuacji, w którą uwikłane są wszystkie osoby z kręgu.

„Spotkania przy lustrze” to powieść, która stanowi swego rodzaju studium samotności, rozpaczy kobiety po stracie. Powieść o kobiecie, która nagle staje przed faktem, że zostaje wdową. Zapada w długi stan żałoby, odsuwając się od życia, od świata, od wszystkich. Toczy samotne rozmowy przy lustrze, ale nie są to nudne monologi, a bardziej wędrówka w przeszłość. Łucja- główna bohaterka powraca do początków swojego małżeństwa z Edwinem, wędruje ulicami miast, które przemierzali. Zaczyna dostrzegać rzeczy, które samą ją zaskakują… Na końcu dochodzi do prawdy, że oto jej żałoba- głęboka, niepozbawiona znamion dramatyzmu, jest niewspółmierna do straty.

I w końcu jest „Całkiem dobre życie” – książka, która bardzo mocno „dotyka” Szczecina. Ile mi krwi mi napsuła! – powrót do topografii szczecińskich miejsc, w które prowadziłam moją bohaterkę Różę.

Jest to historia trzech pokoleń kobiet, których los został wprzęgnięty w historię kraju. Główną bohaterką jest najmłodsza z nich Róża Kanenberg, która wyjeżdża z rodzimego Miasta na studia do Szczecina. Uwikłana w znajomość z dobrze sytuowaną Agatą, stara się żyć swoim życiem, zapominając o rodzinnym domu, w którym pozostaje jej bliźniacza siostra oraz babka z matką.

Historia Róży toczy się w konkretnym świecie, przeplatana jest zarówno epizodami z życia osób jej bliskich, jak również wydarzeniami historycznymi, które to odegrały istotną rolę w ich życiu. Jest tu więc i sprawa ziem odzyskanych, polonizacji Niemców, i przesiedlenia, i 68, i 76 i wiele innych zdarzeń, które przenoszą czytelnika w konkretny świat, ukazują pewne żywe miejsca, zjawiska… Bohaterki to postacie z krwi i kości, których przedstawiłam, nie wysysając z palca, ale nadałam im rysy autentycznych osób żyjących w Mieście

Wszystkie te powieści są u mnie… Czekają… Muszę nabrać doświadczeń. Po to puściałam Tonię w świat… Swoisty rekonesans…

Poniosło mnie! Ale jeśli mogę, to tylko dodam. Piszę o kobietach i chyba tak mi zostanie.

Fascynują mnie kobiety. Jako temat. Wszystko, co jest ważne, interesujące, niebezpieczne, czy w jakikolwiek inny sposób pobudzające emocje, cały ich arsenał – od miłości, po nienawiść, wiąże się ze światem kobiet i tylko one umieją je ukazać. Mężczyźni kryją się, zaskorupieni w sobie, niewiele pokazują, choć to oni są owymi prowokatorami i pod ich wpływem wyzwalane są owe emocje. Tak wiec świat kobiet jest niewyczerpanym źródłem tematów.

MW: A jakie książki lubi Pani czytać?

IŻ: Oj! Czytam bardzo dużo i bardzo różnych rzeczy. Część narzuca mi jakby obowiązek bycia na bieżąco z rożnymi aktualnościami (nagrody i te inne). Niekiedy z tego rodzą się fascynacje – swego czasu fascynacja Olgą Tokarczuk i wciąż trwająca – nieustanna i wciąż nie do uwierzenia w geniusz warsztatu pisarskiego – Myśliwski! Kantowska mądrość podana w tischnerowskiej formie! Swego czasu Kundera, (na zawsze pozostający w pamięci), ale i Majgull Axelsson ( absolutnie wszystko!), i Shalev (cała trylogia małżeńska), i Strout, obowiązkowo Lessing ( szczególnie Lato przed zmierzchem), i Banville, i Murakami ze swoim Norwegian Wood czy Po zmierzchu (cudo!), i nasze polskie panie Plebanek ( Dziewczyny z Portofino i Pudełko…), Rakusa (odkryta ostatnio!). Bardzo dużo! Pewnie o wielu „najważniejszych” zapomniałam teraz i za chwilę pożałuję, że nie wspomniałam o nich. Ale nade wszystko…Herbert. Zbigniew Herbert! Czasem się z nim rozstaję, ale zawsze wracam pokornie i ze skruchą. Do jego martwych natur, barbarzyńców, labiryntów i do pana Cogito….

Z Iwoną Małgorzatą Żytkowiak, autorka “Toni”, o której pisałyśmy tutaj rozmawiała Monika Wilczyńska.

Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>