Wkrótce….

Wkrótce….

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Rozmowa z Wojciechem Burgerem autorem „W stronę słońca”

MW: Niedawno ukazała się książka „W stronę słońca”. To już druga powieść napisana przez Pana, która ujrzała światło dzienne. Proszę powiedzieć ile książek kryje się w Pana „szufladach”?
WB: Napisanych? Cztery. A w trakcie pisania – trzy. Łącznie – siedem.

MW:Od kiedy Pan pisze?
WB: Mniej więcej od czternastego roku życia. Najpierw chciałem tworzyć, bo trudno to nazwać pisaniem, komiksy, ale bardzo szybko stwierdziłem, że nie mam za grosz talentu do rysowania. Pozostały pomysły, które mimo wszystko chciałem w jakiejś formie z siebie wyrzucić, więc zabrałem się za ich opisywanie. Czy akurat do tego mam większy talent, nie mnie to oceniać.

MW: Kto jest pierwszym recenzentem? Rodzina czy znajomi?
WB: Znajomi. Z rodziną jest trochę jak z krajem, w którym trudno jest być prorokiem… Ale później sięgają i czytają.

MW: O książce „W stronę słońca” niektórzy mówią „bajka dla dorosłych”. Kraina, którą Pan opisuje, tajemnicza Felkasja to miejsce, które pewnie nie jeden czytelnik chętnie by odwiedził. Gdzie leży Felkasja na mapie Pana wyobraźni?
WB: Jest miejscem, w którym żyłem i choć może to zabrzmieć dziwnie, Felkasja jest dla mnie bardziej rzeczywista od prawdziwych krain znanych powszechnie ze świata realnego. W większości krain rzeczywistych nie byłem, jest ich tak wiele, że tylko podróżnik może powiedzieć, że większość z nich odwiedził i poznał. A Felkasję znam ze szczegółami, bo musiałem do niej wejść i zżyć się z jej mieszkańcami, z ich codziennością. Nie jestem do końca przekonany, czy to tylko wyobraźnia, czy raczej przeniesienie się do innego wymiaru, o którym nie mamy pełnej świadomości, że istnieje…

MW: Książka liczy ponad 900 stron. A na nich ciekawe, często dowcipne dialogi, ogromna masa informacji o historii kraju w którym się dzieje, wiele opowieści, legend, intrygi, sensacja, historia, polityka, ale też magia, i oczywiście… miłość, która chyba jest dla Pana ważna?
WB: Życie składa się z wielu zdarzeń, z przepływu ogromnej ilości informacji, z polityki, sensacji, emocji i… magii. Nie wyobrażam sobie, abym mógł to opisać na kilkudziesięciu stronach; „W stronę słońca”, nie jest nowelą, to zaproszenie czytelnika do emocjonalnego zaangażowania. Podobnie jest w życiu, kiedy poznajemy ludzi, zaczynamy ich lubić, lub nie, ale do tego potrzebujemy czasu. Ja daję czytelnikowi ten czas, szansę na zaangażowanie się w życie bohaterów książki.
Miłość jest jedyną wielką wartością i jako jedyna nie ulega dewaluacji. Kiedy przejdzie się w życiu przez dramat, który unaoczni, co ma wartość, a co jej nie ma, miłość i przyjaźń stają na pierwszym miejscu, a później jest wielka przepaść. Przeszedłem przez dramat, dlatego próbuję podpowiadać innym, co ma prawdziwą wartość, aby nie gubili tego z oczu.

MW: W obu dotychczas wydanych książkach główne bohaterki to kobiety. Są silne, dążą do sprawiedliwości i prawdy. Dlaczego właśnie one?
WB: Zwykło się mówić, że kobiety, to „słaba płeć”. Nic bardziej mylnego. Gdyby zrzucić na barki mężczyzny pełen zakres kobiecych obowiązków w domu i w rodzinie, to większość mężczyzn uciekłaby od tego. Wielu ucieka, a później tłumaczą, że mieli coś ważnego do załatwienia… Mam świadomość, że takimi słowami narażam się mężczyznom, ale tak to wygląda. Kobiety są emocjonalne i mają naturalną potrzebę funkcjonowania w rzeczywistości bezpieczeństwa, a prawda i sprawiedliwość są podstawą bezpieczeństwa. Poza tym kobiety są zdolne do poświęceń, nie tych bohaterskich, które są niekiedy szczęśliwym zakończeniem głupoty, tylko poświęceń codziennych, prawie niezauważalnych.

MW: Połączenie cywilizacji, nowoczesnych zdobyczy techniki z magią i odludnymi miejscami, w których zatrzymał się czas. Sensacja, zbrodnie i… magiczny świat legend. To naprawdę ciekawe połączenie.
W trakcie czytania pomyślałam, że chętnie obejrzałabym ekranizację „W stronę słońca”. To mógłby być bardzo ciekawy film przygodowy. W jakim kraju mogłyby być kręcone sceny do filmu?
WB: Na pewno w Polsce, część nawet w Szczecinie, gdyż odnosiłem się do skojarzeń z mojego miasta. Resztę plenerów, budynków, czego nie ma w naszym kraju można wygenerować efektami komputerowymi; dzisiaj, to żaden problem. Pytanie leży gdzie indziej, czy ktoś pokusiłby się na ekranizację mojej książki.

MW: Czytając książkę nie można się nudzić. Lubi Pan zaskakiwać czytelnika, który do końca nie może być pewny zakończenia. We mnie wywoływała sprzeczne emocje. Czasem czułam, że „nieźle się Pan przy tym bawi”. Czy tak było? I czy od razu wiedział Pan jak zakończy tę powieść?
WB: Mam stały schemat pisania, zaczynam od pierwszego i ostatniego rozdziału, czyli wiem do czego zmierzam; reszta jest wypełnieniem, które jest już w mojej głowie, a raczej w duszy, bo żyję książką, której fabuła staje się częścią mojego życia. To trochę jak rozdwojenie jaźni, ale bez medycznych skojarzeń; potrafię być jednocześnie w świecie realnym i książkowym i oba są dla mnie realne. W przypadku „W stronę słońca” złamałem zasadę, zacząłem ją pisać od zdarzeń dziejących się w książce, w Wigilię i miał ten początek miejsce dosłownie po wieczerzy wigilijnej w moim domu.
Bawię się przy pisaniu każdej książki, bo zawsze traktuję to jak przygodę i relaks. Jeśli czytelnik jest zaskakiwany, a książka wzbudza w nim emocje, to znaczy, że zaangażowałem nie tylko jego oczy, ale i duszę, i za to jego skupienie jestem mu bardzo wdzięczny.

MW: Jak długo pisał Pan „W stronę słońca”?
WB: Książka ma swoją historię… W 1981 roku napisałem „Schody do nieba”, a rok później część drugą, „Drzwi do nieba”. Miała jeszcze powstać część trzecia, „Niebo”, opowiadająca o losach bohaterów dwóch pierwszych części, po upływie dwudziestu lat. Ale co ja mogłem wiedzieć o sposobie myślenia ludzi w wieku około 50 lat, bo tyle mieliby bohaterowie „Nieba”, samemu mając zaledwie 21 lat? Nic. Książka musiała poczekać na moją dojrzałość. Zacząłem ją pisać równo dwadzieścia lat po skończeniu drugiego tomu, „Drzwi do nieba” i wiedziałem, że będzie inną opowieścią, niż zaplanowałem sobie jej historię wiele lat wcześniej. Kiedy skończyłem ją pisać, po czterech latach, podjąłem decyzję, że dla dobra nowej powieści i zawartych w niej tajemnic, dwa wcześniejsze tomy muszą przestać istnieć. I przestały, spaliłem je. Gdybym dzisiaj podejmował tę decyzję raz jeszcze, zrobiłbym dokładnie to samo.

MW: Jakie Pana książki ukażą się w tym roku?
WB: Woody Allen powiedział, że jak chcemy rozśmieszyć Pana Boga, to opowiedzmy Mu o naszych planach na przyszłość… Z „Wydawnictwem Walkowska” planujemy – mam nadzieję, że nie rozweselając Stwórcy… – wydanie „Gwiazda szczęścia, czyli ostatni romans XX wieku” oraz kontynuację „Szamanów życia”, książki o tytule „Ostatni z bogów”. Jest jeszcze jedna pozycja, pt. „Ślady na śniegu”, która jest pierwszą częścią tryptyku („Ślady na śniegu”, „Szamani życia, „Ostatni z bogów”), ale każdą z osobna można czytać jako powieść niezależną. Kiedy tak naprawdę książki zostaną wydane, czas pokaże.

Z Wojciechem Burgerem, szczecińskim autorem rozmawiała Monika Wilczyńska.

O książce „W stronę słońca” pisaliśmy tutaj.

Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>