Wkrótce….

Wkrótce….

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Słońce zza chmur

Louisa May Alcott znana jest przede wszystkim z zekranizowanej niedawno powieści „Małe kobietki”. Motyla noga, co druga recenzja tak się zaczyna! A nawet nie co druga, tylko prawie każda, na którą trafiłam w necie. No to jeszcze raz.
Mało kto wie, że Louisa May Alcott pisywała pełne pasji krótkie opowiadania dla dorosłych, używając pseudonimu A. M. Barnard. Jedno z nich to (w wolnym tłumaczeniu) „Pod maską albo siła kobiety”, które potraktowano okrutnie za podobieństwo do „Pięknej i Bestii” de Villeneuve czy Beaumont. Feministyczna krytyka widziała jednak w tym utworze portret niebezpiecznej, niezależnej i inteligentnej kobiety, walczącej z patriarchatem. Alcott nigdy nie wyszła za mąż, miała trzy siostry, była feministką, sufrażystką i abolicjonistką. Całymi latami zmagała się z problemami zdrowotnymi, które próbowano powiązać z leczeniem rtęcią, kiedy zachorowała na tyfus podczas wojny secesyjnej. Niedawno jednak wysnuto teorię, że jej przewlekłe przypadłości były spowodowane chorobą autoimmunologiczną, gdyż na jednym ze zdjęć widać charakterystyczny dla tocznia rumień na twarzy Louisy w kształcie motyla. Zmarła na udar mózgu w 1888 roku, dwa dni po swoim ojcu, a jej ostatnie słowa brzmiały: „To nie zapalenie opon mózgowych?”. Pochowano autorkę „Małych kobietek” na Cmentarzu Sleepy Hollow w Concord w stanie Massachusetts. Louisa doczekała się znaczka pocztowego ze swoją podobizną. Za pięć centów.

Och, byłabym zapomniała – Alcott, mimo tego, że całe życie twierdziła, iż jej męska dusza została uwięziona w ciele kobiety i, jak mawiała, kochała wiele kobiet, ale ani jednego mężczyzny, miała romans! Romans z młodym Polakiem! Władysławem „Laddie” Wiśniewskim, który zainspirował ją do wykreowania postaci Lauriego i choć usunęła Władzia ze swojego pamiętnika, w powieści pozostał na zawsze. Któż nie kocha najprzystojniejszego bohatera „Małych kobietek”! Tak samo jak trzynastoletniej Rose Campbell z „Ośmiorga kuzynów”, która zawojowała wszystkich na amen, a zwłaszcza wuja Aleca.

Rose jest po prostu słodka! Alcott pokazała, jak pod wpływem starannego i rozumnego wychowania przez jedynego swojego opiekuna, z sieroty, pogrążonej w smutku po stracie ojca, rozwinie się piękna Róża. Oj, to nie w tej części, to w sequelu, teraz – razem z kuzynami – przeżyje niejedną przygodę, niejedną chorobę i niejedną stratę. Zyska za to zdrowie, humor i przyjaźń. Wprawdzie miałam nieodparte wrażenie, że niektóre motywy przypominają mi te z „Małej księżniczki” F. H. Burnett, nie przeszkadza to jednak zupełnie w zachwycaniu się małą Rose. No właśnie, małą? Jak sobie pomyślę o trzynastoletnich dziewczętach w XXI wieku, to z pewnością „małe” do nich nie pasuje. A bohaterka wydaje się być taka dziecinna, że w pierwszym momencie oszacowałam jej wiek na osiem, góra dziewięć lat. Kolejne rozdziały powoli wyprowadzają z błędu, a ulubienica wuja uczy się, jak samej dokonywać właściwych wyborów i pomagać innym. Taki urokliwy dydaktyzm się w tym przejawia, ale przecież Alcott nie byłaby sobą bez wskazywania słusznych dróg. I tu mała uwaga – nam może się wydawać, że powieść jest naiwna, że nachalna ta perswazyjność czasami, że przecież to takie oczywiste. Teraz. Wtedy propagowanie wychowania na kobietę, która będzie kiedyś samodzielnie zarządzać swoim majątkiem, podejmie równorzędne z mężczyznami decyzje, wybierze i wpłynie na swoją przyszłość, zakrawało na rewolucję! Bardziej niż współczesny czytelnik może sobie to wyobrazić. A jak chcecie szczegółów, sięgnijcie do „Ośmiorga kuzynów”. Dam sobie wyrwać kartkę z tej powieści, że zatęsknicie za czasami bez smartfonów i spędzaniem chwil pożytecznie. Na świeżym powietrzu w pięknych okolicznościach przyrody.

W „Róży w rozkwicie” z kolei spotkacie ulubione postaci z poprzedniej części, ale Rose będzie inna. W sensie – ta sama Rose, ale gotowa już do stanowienia o sobie i występująca w roli „dobrej partii”. Jest dorosła. I jak się słusznie domyślacie, więcej będzie o perypetiach miłosnych niż o czymś innym. A miłość bywa trudna… I powiem szczerze, że ja się nie spodziewałam takiego wyboru partnera (choć coś mnie w „Ośmiorgu…” tknęło) przez Rose, cały czas myślałam, że będzie to ktoś inny. No cóż, pomyliłam się, ależ czy człowiek nie uczy się na błędach? Kim jest wybranek, okaże się pod koniec, a ja polecam na słotne i pochmurne listopadowe dni dwie powieści, które rozgrzeją każde zziębnięte serducho. I pamiętajcie, nikt przecież nie powiedział, że za tymi chmurami nie ma słońca!

Mirka Chojnacka (tekst i zdjęcie)

Louisa May Alcott „Ośmioro kuzynów” i „Róża w rozkwicie”, Wydawnictwo Mg, 2021

Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>