Wkrótce….

Wkrótce….

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Wspomnienia o Marii Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej

„Lilka – wspomnienia o Marii Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej” – książka pięknie wydana przez PIW, ukazała się w czerwcu tego roku. Została przygotowana i opracowana przez znaną biografistkę -Mariolę Pryzwan. Jest to zbiór listów, wspomnień, fotografii, a także akwareli i rysunków, które wyszły spod ręki utalentowanej Poetki.

Owe listy: samej Lilki, ale głównie do niej; wspomnienia m.in. znakomitości polskiej literatury, lojalnych przyjaciół oraz najbliższej rodziny, w tym siostry-Magdaleny Samozwaniec, męża – Stefana Jasnorzewskiego i innych – poruszają, ale i porażają ogromnym emocjonalnym ładunkiem tragedii ostatnich lat życia głównej bohaterki. Przede wszystkim zaś malują czytelnikowi zupełnie nowy, nieznany dotąd, portret, tak, zdawałoby się, znanej i uznanej POETKI. Przynajmniej mnie się tak do tej pory wydawało.

 Cóż tam takiego nowego o ulubionej Poetce? Znałam Ją przecież od dawna.

Z lektury książek Magdaleny Samozwaniec Maria i Magdalena, Zalotnica niebieska, z historyczno-literackich tekstów do wydań poezji, z licznych antologii czy z podręczników literatury, ale przede wszystkim z jej tomów poezji, różnych zbiorów i wydań, mam ich chyba z 6 czy 8. Najmniej znam Jej dramaty, ale po lekturze WSPOMNIEŃ z tym większą ciekawością po nie sięgnę.

Kontynuując myśl – według mnie książka Marioli Pryzwan, /po monografii Elżbiety Hurnikowej/, jest niezbędnym dopełnieniem biograficznego portretu Poetki. Do tej pory Jej wizerunek kształtowały, portrety malowane przez ojca – Wojciecha Kossaka, słynny portret Witkacego, piękne zdjęcia, słowami nakreślony przez Siostrę -Magdalenę Samozwaniec, przez przychylnych przyjaciół, jawi mi się niepełnym. Okazał się niedokończonym. Może nazbyt wiernie odbierałam, tak trafiający do wyobraźni wyidealizowany portret /wykreowany przez Magdalenę Samozwaniec/ Lilki jako elfa, wróżki, czarodziejki, kobiety kochającej z siłą niezwykłą i piszącej o miłości w sposób niespotykany dotąd, a przynajmniej od czasów greckiej Safony…

Tomy wierszy: Niebieskie migdały, Pocałunki, Różowa magia, /inne/

potwierdzały i utrwalały ten wizerunek. Krytycy literatury podkreślali najwyższą wartość tych wierszy. Natomiast niewielu wspominało o dramatach, o wojennych wierszach nie mówiło się wcale albo bardzo krytycznie, jako o twórczości niewysokiego już lotu.

A mnie się nagle ten elf, ta eteryczna, nieprzystająca do swojego świata, a do naszego współczesnego tym bardziej, kobieta przemienia się z podziwianej heroiny salonów międzywojnia w antycznego herosa, mitycznego Atlasa, dźwigającego dumnie swój tragiczny los na wątłych barkach. Tak, jak pisała o Lilce Magdalena Samozwaniec, Poetka była na wskroś grecka i…renesansowa przez to. Potwierdzają to Jej talenty: dar słowa, umiejętności malarskie, dzieła dramatyczne, ukochanie muzyki, w tym Chopina, zainteresowania przyrodą, astronomią, historią starożytną, naukowe studiowanie tematów, itp. Zamykają one w tej niezwykłej kobiecie cały panteon muz : Erato, Euterpe, Kaliope, Klio, Urania, Polihymnia, Talia, Terpsychora. Wszystkie ulubienice Apollina były nieodłącznymi towarzyszkami Lilki. Ona była też jedną z nich. Zdumiewające! albowiem każda z nich wyrażała się w jakiejś niepowtarzalnej cząstce Jej dzieł czy życia.

Chyba nie przypadkiem porównywano Ją do Safony, równie wielkiej i wybitnej dla swoich czasów. Równie niepokornej obyczajowo, wzbudzającej niechęć, oburzenie czy nienawiść ludzi. Pokonującej bariery nie do pokonania, zbuntowanej przeciwko nakazom ograniczającym jej pragnienie pełnego życia w miłości i w twórczości. Dziedzinom dostępnym wówczas… i potem … tylko mężczyznom.

Po obu pozostały … nie do końca prawdziwe legendy. Jedną i drugą przysłonił mit. Krążą plotki o ich zmysłowości, erotyzmie, nawet o rozwiązłości. Szczęśliwie, nikt dziś nie podważa wartości ich dzieł. Grecka Safona się obroniła. A polska Safona, jak nazwano Pawlikowską? Dla mnie jest postacią tragiczną, bardziej przynależną do tragedii antycznej, niż do współczesnego wodewilu. Jej życie, z pozornym szczęśliwym dzieciństwem. Pozornym, bo przecież miłość rodziny i dostatek zamożnego ziemiańskiego domu nie mogły zrekompensować nieszczęścia choroby, która naznaczyła dziewczynkę już na starcie do życia. A potem … to już tylko cierpliwe i z ogromnym talentem, jak we wszystkich innych sferach, zabudowywanie cierpienia i kalectwa, stwarzanie iluzji postaci, która jest a tak naprawdę jej nie ma. Używała do tej budowy najdoskonalszych materiałów – słowa, obrazka, gestu, twarzy, image`u, sposobu bycia, pozornej beztroski, lekkości, uśmiechu, subtelności, delikatności, emocji i wrażliwości. Okrywała swoją rzeźbę delikatnym woalem pięknej poezji (dla mnie zawsze zaprawionej nieuchwytną nutą goryczy, tak nieznaczną jak smak ziół dodawanych przez Poetkę do domowych leczniczych herbatek). Kreowała siebie i ludzi dookoła. Była jednocześnie Galateą i Pigmalionem. Niespodziewany czas wojny przerwał i zdruzgotał Jej dzieło. Przeznaczenie wzięło od Niej zapłatę za czas pozornego szczęścia.

Po lekturze książki Marioli Pryzwan jest mi Lilka wielokrotnie bliższa, niż była dotychczas. Korespondencja londyńska z nielicznymi, ale wiernymi przyjaciółmi (Antoni Słonimski, Jalu Kurek, Tymon Terlecki) porusza. Listy szpitalne do Lotka – męża Stefana Jasnorzewskiego – oraz tegoż do żony, wzruszają. Natomiast ostatnie listy z końca czerwca, listy pożegnania, wręcz porażają głębią skrywanej w samotności rozpaczy. Dopełniają je zapiski Tymona Terleckiego o ponurej aurze pogrzebu w Manchesterze. Trudno o bardziej przejmujące, bolesne zakończenie tak, pozornie, szczęśliwego i wspaniałego życia.

WSPOMNIENIA O PAWLIKOWSKIEJ-JASNORZEWSKIEJ uświadomiły mi w sposób niezwykle empatyczny dramat samotności tej wspaniałej, walczącej z losem do końca, KOBIETY-POETKI.

Zarzucało się Lilce egoizm, beztroskę, niezaradność życiową, przywiązanie do luksusu. Może tak było we wczesnej młodości, gdy w domu w naturalny sposób była rozpieszczana przez Ojca, Matkę, Siostrę, rodzinę, przyjaciół, potem mężów, aczkolwiek nadzwyczaj krótko, poza Jasnorzewskim, oczywiście, który był kochający i opiekuńczy do końca. Jednakże, moim zdaniem, te przypisywane Jej wady usprawiedliwiała choroba. Wiem to najlepiej. Jest w tym nieprawdopodobny paradoks, ale właśnie choroba czyni dopiero z niektórych prawdziwych artystów, bo musimy, chcąc nie chcąc, wykreować własny świat i siebie samego.

A Lilka egoistka? Śle z Londynu paczki, martwi się i dowiaduje różnymi sposobami o bliskich i przyjaciół w dalekiej okupowanej Polsce. Nie skarży się i nie narzeka, nawet w najokrutniejszych cierpieniach. Prawie nikt nie wie o Jej chorobie. Ot, chociażby ostatni list Marii do ukochanej siostry Madzi. Jest tak przerażająco piękny w wymowie siostrzanej miłości, że odbiera oddech… Egoistka! Dla mnie to najwyższy wymiar heroizmu, by w takiej chwili myśleć z troską o kochanej osobie, by jej nie zmartwić, nie zranić nie zaniepokoić swoim nieszczęściem, a ono tuż tuż, nieodwracalne przemijanie, znoszone bez skargi… prawie…

Po lekturze LILKI , cenię Poetkę jeszcze więcej (jeśli to możliwe) i… chyba dopiero teraz kocham Ją naprawdę.

Róża Czerniawska-Karcz

Mariola Pryzwan, Lilka. Wspomnienia o Marii Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej, Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy

Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>