SOBOTA – 9 września 2023

SOBOTA – 9 września 2023

Pod naszym patronatem m.in. 

Pod naszym patronatem m.in. 

Książka w prezencie

Książka w prezencie

WSPÓŁPRACA

WSPÓŁPRACA

Ze smutku jakoś łatwiej mi tworzyć – rozmowa z Marcinem Grzelakiem

Marcin Grzelak mieszka i tworzy w Szczecinie. Jego druga, niezwykle poruszająca powieść, „Cukier na duszy” ukazała się w lutym tego roku.  Poniżej rozmowa m.in. o początkach pisania i o tym, co inspiruje Autora

W lutym, ukazała się Pana druga powieść, ale ja chciałabym jeszcze wrócić to debiutu z 2022 r. W „Pułapce na anioły” jest wiele mistrzowsko zarysowanych scen, które na długo zapadną czytelnikom w pamięci. Długo nosił Pan w sobie tę poruszającą historię, zanim przelał na papier?

Ta historia wymyślała się w trakcie pisania. Najpierw pojawił się Wojtek, główny bohater i dosyć szeroki szkielet historii. Wiedziałem, że chcę stworzyć opowieść o dziecku, uciekającym przed złem do świata, który stworzyło tylko dla siebie, i który tylko ono dostrzega. Później zaś narysowałem temu chłopcu taką, a nie inną rodzinę i zacząłem wikłać bohaterów w historie, które owijałem wokół ważnych dla mnie spraw, wokół ważnego dla mnie sposobu postrzegania świata. „Pułapka na anioły” w swej zawartości to dla mnie taki trochę literacki bigos, niosący w sobie moje wspomnienia i moje życiowe wartości, zmieszane z absolutną fikcją.

Ale w zasadzie jak to się zaczęło? Nagle po 40-stce zapragnął Pan zostać pisarzem, więc usiadł i napisał książkę, a potem poszukał wydawcy?
Nie odczaruję tego pytania inaczej, niż mówiąc: dokładnie tak było. Usiadłem i napisałem książkę, jednak nie z tą myślą, żeby zostać pisarzem, lecz z zamiarem zmierzenia się dla zabawy z długą formą. Pisywałem wcześniej krótkie opowiadania. Zawsze lubowałem się w zabawie słowem i wymyślaniu historii. Czym innym jest jednak napisanie dobrego opowiadania, czym innym zaś stworzenie poprawnej konstrukcyjnie powieści. I napisałem tę pierwszą wersję, potem powstała druga, i trzecia… i pomyślałem, a dlaczego by nie robić tego na poważnie? Wersję czwartą, poprawioną tysiące razy, szczuplejszą od pierwowzoru o ponad 100 stron, wysłałem dokładnie do 40 wydawnictw. Odpowiedziało tylko jedno. Podpisaliśmy umowę wydawniczą z warszawskim wydawnictwem Lira i karuzela ruszyła.

Wielu pisarzy zanim odda tekst do wydawcy zmienia wielokrotnie swoje teksty. Pan swoją pierwszą powieść poprawiał cztery razy! Czy zakończenie było zawsze takie samo?

Poprawiałem „Pułapkę” tak wiele razy, że tego nie zliczę. Mówię jednak o tych czterech wersjach, bo każda z nich jest dla mnie symbolicznym etapem, w którym książka nabierała innej jakości. W każdym kolejnym etapie pojawiała się również jedna z kilku bardzo istotnych dla mnie w procesie prac nad tą książką osób. Wszystkie wersje jednak, od początku do końca, miały to samo zakończenie. Różniły się szczegółami technicznymi, ewoluował mój styl, jakości nabierał język. Zakończenie wciąż jednak pozostawało takie same… Zmieniłem je jednak diametralnie dokładnie na trzy dni przed wysłaniem książki do druku. Proszę sobie wyobrazić, że jeszcze na trzy dni przed drukiem ta historia kończyła się dobrze.

Myślę, że to była dobra decyzja. Mimo wszystko… Wracając do fabuły – kiedy czytam „W pułapce na anioły” charakterystyki bohaterów mam wrażenie, że nie do końca są wymyśleni. Czy w każdym z nich drzemią skrawki wspomnień o znanych panu osobach, tak jak np. wuj Franek?

Wiele moich postaci ma swój autentyczny pierwowzór, jak choćby wspomniany wuj Franek. Żadna z nich nie jest jednak przedstawiona w sposób bezpośredni. Zbieram sobie raczej wspomnienia o ludziach, mieszam je i lepię z nich zupełnie nowych bohaterów. Mieszają się w nich, podobnie zresztą jak w samej opowieści, wątki autentyczne z zupełną fikcją. Przemycam też niemałe kawałki siebie, leczy tak po prawdzie to tylko ja wiem, gdzie one się znajdują. Ukryłem siebie w tej książce bardzo starannie. Muszę przyznać, że to niesamowita zabawa, móc tak bezkarnie wybierać sobie fragmenty światów prawdziwych i tworzyć z nich światy zupełnie nowe.

Wciąż jesteśmy przy pierwszej powieści. Początek lat 80-tych, małe miasteczko – dzieciństwo małego Wojtka, ale i autora … Dlatego właśnie w tych czasach umieścił Pan tę historię? Sentyment i chęć powrotu do dawnych lat?

Wiele było powodów, przez które zdecydowałem się postawić historię w takiej właśnie scenerii, sentyment pozostawię tu chyba na ostatnim miejscu. Główne powody są dwa. Po pierwsze więc, lata 80’ to świat, który znam, który potrafię odtworzyć, który pełen jest moich wspomnień, bo sam wtedy byłem kilkuletnim dzieckiem. Taki świat łatwiej było mi zatem opisać, a nieco obawiałem się przy pracy nad debiutem, by porwać się na historię o świecie, którego nie znam. Po drugie zaś, były to czasy czystych, prostych i prawdziwych relacji. Nikt nie znał wtedy pojęcia mediów społecznościowych, nikomu nie przychodziło do głowy, że taka forma współżycia społecznego może w ogóle powstać. Wszystko działo się tu i teraz, było bardziej autentyczne i w całej swojej szarzyźnie było przez tę prawdę bardziej kolorowe. Do dziś wolę pisać o miejscach i ludziach nieskażonych technologicznym postępem, który dając tak wiele, odebrał nam na koniec dużo więcej, bo to co najważniejsze – nas samych. Straciliśmy poczucie tego czym jest naprawdę człowiek. Coś tutaj poszło nie tak.

To bardzo poruszający tekst. Czy spotyka się Pan z opinią czytelników, że odnajdują w nim swoje doświadczenia? I może pytają dlaczego tyle smutku w Pana książkach?

To absolutnie niesamowite doświadczenie, bo wielu czytelników wracało do mnie z opinią, że znaleźli w tej książce kawałek siebie. Jedni widzieli tam obrazki ze swojego dzieciństwa, jakieś powidoki komuny, wspomnienia wakacji na wsi, obrazki siebie, kiedy biegali po osiedlu z kluczem na szyi. Pisali jednak i ci, którzy w historii odnaleźli własne traumy, którzy doświadczyli tego, co przeżywali moich bohaterowie. Poznałem więc ludzi, którzy nosili w sobie Wojtka, ale też tragiczne historie osób, które przeżyły coś bardzo zbliżonego do doświadczeń rodziców chłopca: Zenka, czy Ireny.
A skąd tak potężny smutek w mojej twórczości? Po trosze pewnie gdzieś z głębi mnie, bo zawsze lubiłem smutne piosenki i przy nich moja wyobraźnia odjeżdżała. Ze smutku jakoś łatwiej mi tworzyć, w nim odnajduję więcej pomysłów. Chyba po prostu takim typem twórcy jestem, który pomimo swojej pogodnej natury lubuje się w grzebaniu w takiej właśnie emocji.

Kolejna powieść „Cukier na duszy” ukazała się w lutym tego roku. To kolejna poruszająca historia. Pełna krzywd, tęsknot, samotnych i poranionych ludzi. To opowieść o miejscowym outsiderze, Dżonym, ale jest w niej więcej postaci. Każda z nich mogłaby być bohaterem osobnej powieści. Czy w tym przypadku, miał Pan już konkretny pomysł na fabułę, czy rodziła się w trakcie pisania?

Dwie kluczowe koncepcje pojawiły się tutaj od razu i mocno zdefiniowały tę książkę, zarówno jej konstrukcję, jak i treść. Pierwsza koncepcja to Dżony i jego dziennik, tajemnica napisana pod nosem wszystkich, a jednak tak szokująca. Drugi koncept zaś, to postać Stefana, przyjaciela do wynajęcia. Ten bohater dał mi możliwość zbudowania książki, bazującej na historiach jego klientów. Ten zbiór mikro opowiadań trzyma się mocno kręgosłupa książki, a jednak bezkarnie odpływa w historie kilku niesamowitych postaci, splatając je z losami głównych bohaterów. Wiedziałem jak tak książka się zacznie, wiedziałem też jak się skończy. To jednak, co stało się pomiędzy, mocno mnie samego zaskoczyło.

Podoba mi się ten wątek bycia członkiem rodziny na zlecenie. Skąd ten ciekawy pomysł? Spotkał się pan gdzieś z taką usługą?

Nie spotkałem się, a sam pomysł zjawił mi się zupełnie fikcyjnie i od razu wydał bardzo kuszący. O technicznym charakterze tego konceptu i jego wartości dla konstruowania powieści już wspominałem. Jest jednak jeszcze wiele innych istotnych płaszczyzn, które ten pomysł w książce uruchamia, bowiem rozbieram wiodący emocjonalnie wątek opowieści, czyli samotność, z perspektywy kilku tak od siebie różnych postaci. Kilka razy spada tu więc niespodziewania potężna emocjonalna bomba, która rujnuje zupełnie misternie utkaną, kruchą i delikatną teraźniejszość, sprowadzając te postaci do wspólnego mianownika.
Przyjaciel do wynajęcia był zatem absolutną fikcją. Co raz częściej mam dzisiaj jednak refleksję, że w kontekście tego, co świat współczesny, media społecznościowe i technologia, zrobiły z relacjami międzyludzkimi, ta fikcja może się lada moment okazać proroctwem. Obawiam się, że lada moment, zatracająca zupełnie swoje pierwotne zdolności ludzkość będzie płacić za to, by mieć się do kogo przytulić. Ta swoista prostytucja emocjonalna będzie tego naturalną konsekwencją.

„Cukier na duszy masz, dlatego się tak do ciebie zlatują” – mówi jeden z bohaterów.
Mam wrażenie, że Pan ma ten cukier w sercu i te wszystkie poruszające historie lepią się do Pana niczym muchy… a Pan je wszystkie spisuje… Dusza/serce wrażliwca i dobrego obserwatora?

Historii nie trzeba wymyślać, one się już kiedyś wydarzyły. Tak mówię sobie, obserwując ludzi, wymyślając im życia. Uwielbiam przesiadując np. na lotnisku patrzeć na przechodzące postaci i tworzyć do nich scenariusze. A ta odrobina cukru na duszy z pewnością pomaga mi ściągać do siebie te najlepsze historie i wydłubywać z nich te najsubtelniejsze emocje. Może więc pisząc o innych, chcę coś powiedzieć o sobie…?

Gdyby ktoś zapytał mnie jak pisze ten Marcin Grzelak, bez zastanowienia powiedziałabym: Wiesz… to taki… Jakub Małecki ze Szczecina. Co Pan na to? ;-)

Oj, to dla mnie ogromny komplement, bo uwielbiam twórczość Jakuba Małeckiego. Inspiruje mnie też jego historia, to że odważył się rzucić dobrą pracę i skupić wyłącznie na pisaniu. Na każde porównanie z Małeckim mogę jednak jedynie schylić głowę i powiedzieć: jeszcze nie zasłużyłem.

Bardzo celnie portretuje Pan poszczególne postaci. Podoba mi się w obu książkach poetycki język, pełen metafor i porównań. To nadaje tym historiom kolorytu i wyjątkowego klimatu.
Jestem ciekawa czy mały Marcin Grzelak dostawał w szkole dobre oceny za wypracowania z polskiego? :-)

Mały Marcin tak, ten większy natomiast już niekoniecznie, bo poza dobrym pisaniem potrafił również nieźle wkurzyć nauczyciela. Uparty byłem, zwłaszcza w liceum, w zadawaniu pytań o rzeczy przyjęte jako dogmaty. Lubiłem negować rzeczywistość, mieć swoje zdanie. To nie pomagało mi raczej w uzyskiwaniu dobrych ocen. Zawsze miałem jednak tę lekkość wymyślania historii, łatwość dobierania słów. Czerpałem zawsze przyjemność z zabawy formą. Z konkursu języka polskiego na poziomie wojewódzkim odpadłem, bo zabawiłem się formą w sposób, którego grono pedagogiczne nie mogło przeżyć. Z matury pisemnej dostałem ledwie trójkę, bo nauczyciel mnie nie lubił. Talent nie szedł więc tutaj z pewnością w zgodzie z poprawnością.

Ma Pan czas na czytanie? Jeśli tak, to kryminał, sensacja czy literatura piękna? A może tylko fakty?

Znajduję ten czas nawet wtedy, kiedy go nie mam. Lubię czytać, czytałem zresztą już bardzo dużo od pierwszych klas podstawówki, często zresztą rzeczy, których zupełnie nie rozumiałem. Dziś czytam dla przyjemności. Nauczyłem się wreszcie po latach odkładać książki, które mi się nie podobają. Nie męczę się z nimi do końca. W swoim życiu czytelniczym miałem różne etapy gatunkowe. W liceum na przykład pochłonąłem dziesiątki horrorów. Na studiach pożerałem fantasy, później kryminały. Dzisiaj najczęściej sięgam po literaturę piękną. Czytanie ma dla mnie szczególną wartość, gdy jestem w procesie prac nad książką. Ogromnie ważne jest, żeby od czasu do czasu zdystansować się od własnego słowa. Po lekturze cudzego tekstu własna twórczość nabiera właściwej perspektywy.

A co czytał Marcin Grzelak w dzieciństwie? Na jakich książkach się wychował?

Na wszystkim, co było w domu. A później na wszystkim, co znalazłem w bibliotece. Do dziś mam całe serie książek przygodowych, od Robin Hooda, poprzez jakieś pirackie opowieści, których tytułów już nie pamiętam, aż po Tomka Sawyera i Anię z Zielonego Wzgórza. Tak, serio… uwielbiałem Anię z Zielonego Wzgórza. Z rozrzewnieniem wspominam również serię tak zwanych „Tygrysków”, czyli niewielkich książeczek, opisujących przygody dzielnych żołnierzy armii radzieckiej. Z punktu widzenia historii była to oczywiście wierutna bzdura, lecz pochłaniałem te książki pasjami. Później przyszło wiele pozycji z mówiących o Drugiej Wojnie Światowej, o walce podziemia, o bohaterstwie młodych powstańców. W szkole podstawowej chłonąłem wszystko, co było pod ręką, włącznie z Sienkiewiczem i Rodziewiczówną.

Jak do tej pory jedna wydana książka na rok. Trzyma się Pan tego harmonogramu, czy może jeszcze w tym roku ukaże się kolejna powieść Marcina Grzelaka? I czy będzie w niej jakiś szczeciński akcent, bo do tej pory trzymał się Pan z dala od dużego miasta. :-)

Nie mam takiej ambicji, żeby wydawać książki co roku. Dwie pierwsze rzeczywiście wyszły rok po sobie, ale trzeba tu powiedzieć, że „Pułapka” czekała na swoją premierę już po podpisaniu umowy wydawniczej przez blisko dwa lata. Zdążyłem wtedy napisać i dopieścić „Cukier na duszy”, który zaś pojawił się na rynku zdecydowanie szybciej. Pracuję nad trzecią książką, historia jest napisana w około 40 procentach. Chciałbym, żeby ukazała się na rynku w 2024 roku, być może tym razem jesienią. Akcja tej powieści dzieje się w dwóch liniach narracyjnych. I rzeczywiście, jeden z głównych bohaterów mieszka w Szczecinie i tutaj dzieje się większość akcji. Nie skupiam się jednak na mieście, nie odwzorowuję wiernie architektury, po prawdzie to chyba nawet nie wspominam, że chodzi tutaj dokładnie o Szczecin. Nie chcę tego robić. Mamy w Szczecinie autorów, którzy doskonale piszą o naszym mieście i im to pozostawię. I potwierdzam, zdecydowanie wolę opisywać klimat wsi i małych miasteczek.

Pochwalę jeszcze świetne okładki obu powieści. Ma Pan wpływ na ich projekty?

Lira wydaje dobre książki i robi to bardzo smacznie. Rzeczywiście obie te okładki są fantastyczne, a czuwała nad nimi osoba, do której mam absolutne zaufanie, Magdalena Wójcik – Zienkiewicz. Okładkę do „Pułapki” projektował co prawda grafik współpracujący z wydawnictwem, natomiast „Cukier” projektowała już Magda. I tutaj stał się rzecz niesamowita, bowiem ja, nie mówiąc jej o tym, wyobrażałem sobie na okładce książki postać odchodzącego mężczyzny i taki właśnie projekt powstał. Dużo magicznych rzeczy działo się i dzieje wokół mnie i mojej twórczości.

I jeszcze na koniec zapytam jakie ma Pan ulubione miejsca w Szczecinie? Gdzie/dokąd zabrałby Pan znajomych, którzy przyjeżdżają na weekend do naszego miasta?

Znajomych, którzy w Szczecinie nigdy nie byli, z przyjemnością oprowadzam po miejscach, które są dla naszego miasta najbardziej reprezentatywne. Mam taki swój pieszy szlak, którym idąc w ciągu kilku godzin można z miłymi przystankami zwiedzić najciekawsze punkty miasta. Ja natomiast najbardziej cenię sobie wszystko, co związane jest z naturą. Kocham Szczecin za przyrodę, którą nas otacza: za lasy, parki, rzekę, jeziora. No i mieszkam przecież blisko puszczy. Lepiej nie mogłem sobie tego wymarzyć.

Z Autorem rozmawiała Monika Wilczyńska

zdjęcie: Tomasz Wawruszczak

Marcin Grzelak – urodzony w 1978 roku. Pochodzi ze Złocieńca, ukończył Akademię Morską w Szczecinie, gdzie mieszka i pracuje. Zawodowo manager w branży transportu i logistyki. Pasjonat muzyki, literatury i fotografii, zagorzały fan koszykówki oraz wędkarstwa. „Pułapka na anioły” jest jego literackim debiutem. W 2023 roku ukazała się kolejna książka „Cukier na duszy”.

Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>